Pronto? PRONTO!



Prysznic, domofon. Gotuję, domofon. Sprzątam, domofon. Nawet nie chcę wiedzieć ile razy dzwoni pod moją nieobecność. Mnie w głowie dzwoni bez przerwy.

Zazwyczaj domofonem dzwoni kurier. To znaczy… Kurierzy, w liczbie mnogiej, gdyż najczęściej przemieszczają się stadnie.

Standardowo scenka wygląda następująco.
Dzwoni domofon. Ja mówię: „pronto?” (odpowiednik naszego polskiego halo). Odpowiada cisza. Mam video, o czym oni chyba nie wiedzą. Widzę – stoi taki i czeka. Nie usłyszał. No to próba kolejna, głośniej: „PRONTO!”. Pan kurier odpowiada…. <uwaga, bo odpowiedź zaskakuje>: „PRONTO!”. (zobacz: PS.)
Konwersacja od początku zapowiada się obiecująco. „Halo, Józku, halo, Józku, czy mnie słyszysz?”. No więc gdy oni na moje „PRONTO!”, odpowiadają „PRONTO!”, to ja lekko ogłupiała i poddenerwowana krzyczę po polsku „HALO!”. I tu ich mam! „Halo” okazuje się być już bardziej zrozumiałe. Pewnie nie tyle samo słowo, co zjawisko. Próbuję się postawić na miejscu takiego kuriera… Szok – nazwisko niewłoskie (moje, o ich nazwiska nie pytam), a „pronto” jakby w ich języku ojczystym… Bez sensu i w żaden sposób w całość się nie składa. Na dodatek krzyczy ci taka w słuchawkę zupełnie w stylu włoskim…
 No więc kurier taki, gdy już trochę ochłonie i gdy emocje opadną, odpowiada: „sono corriere”. (Dobrze, bo patrząc na człowieka, stojący za nim samochód z logo firmy i paczkę, którą kurczowo ściska w rękach, mogłabym wziąć go za kogoś innego.)
Dalej opcje są dwie.
Jeżeli już się zdążyłam zestresować pierwszą częścią konwersacji, krzyczę „ok!” i otwieram drzwi. To błąd, bo pan kurier nie tylko nie wejdzie na górę, ale też nawet nie przejdzie przez furtkę. Zatem znowu dzwoni domofonem, mówi „Sono corriere!” – w razie gdybym nie zrozumiała – „Czekam na dole”. Uf, co za ulga. Ten komunikat jest dla mnie jasny. Otrząsam się szybko, zakładam buty i pędzę na dół.
Druga opcja jest taka, że schodzę na dół od razu, nawet jeżeli corriere nie wysłał jasnego komunikatu, że czeka. Będąc szczerą, taka przytomność umysłu zdarza mi się rzadko. Wygrywają przyzwyczajenia.

Wczoraj sytuacja wyszła nieco poza szablon. A było tak.
Po odegraniu powyższej scenki w opcji pierwszej (najpierw dwukrotnie otworzyłam panu drzwi… uściślam – dwukrotnie ponieważ byłam przekonana, że najpierw wszedł przez furtkę, a potem do klatki) biegnę na dół, a pan do mnie „Vi”. Ja grzecznie pana informuje, że Vi nie jestem (w skrytości ducha mam nadzieję, że pan zauważył), ale tak, znam i mogę odebrać przesyłkę. Pan kurier wyciąga do mnie ręce, w których zamiast paczki widzę karteczkę. Atmosfera staje się gęsta. Co mam zrobić z karteczką? Spodziewałam się pudełka! (Tak naprawdę to pudełka też nie, ale jak już był pan kurier, to jednak bardziej pudełka niż karteczki.) Okazuje się, że pan przyjechał nie tyle z paczką, co… Po paczkę.
Coś mi świta. Pędzę na górę (trzecie piętro) po paczkę i na dół z paczką. Ale zapomniałam tej cholernej karteczki, więc jeszcze jedna przebieżka w tę i z powrotem (z paczką w rękach, żeby mi pan przypadkiem nie uciekł). Przynajmniej jogging będę mieć z głowy.
W końcu… Udało się, sprawa załatwiona! Wracam do mieszkania, robię co do mnie należy, pararara….

Domofon! Nie spodziewam się niczego ani nikogo. Ale właściwie… Jeżeli chodzi o kurierów, to nie spodziewam się ich prawie nigdy. Vi twierdzi, że zawsze mają najpierw zadzwonić na jego numer, a dopiero potem przywieźć przesyłkę, upewniwszy się wcześniej, że ktoś będzie w domu. To też mnie nie uprzedza, bo podobno oni nie uprzedzają jego. Zaczynam jednak podejrzewać, że: albo Vi czegoś nie rozumie, albo po prostu nie chce się otwarcie przyznać, że zapomina mnie o tych wizytach kurierów poinformować. Ewentualnie nie odbiera telefonu i ignoruje nieodebrane połączenia – tak, to scenariusz wielce prawdopodobny.
Wracając do historii: dzwoni domofon. Odbieram. Nie do końca rozumiem… Coś o beżu i coś o pandzie… Mózg mi pracuje na podwyższonych obrotach (naprawdę chodzi o pandę?), bardzo chciałabym wyjść z sytuacji z twarzą, ale niestety nie znajduję powiązania. Postanawiam przyjąć taktykę udawania, że nie rozumiem nic, ale to nic kompletnie. Odpowiadam: „non capisco”.
Pan rozumie i przeprasza. Rozumie, bo tu we Włoszech nie funkcjonuje system numeracji mieszkań, a na domofonie podane są nazwiska. Analogicznie nie ma numerów na drzwiach (w związku z tym nie mam pomysłu jaki numer miałoby nasze mieszkanie, gdyby je miało) i – tak sobie tłumaczę – właśnie dlatego kurierzy czekają przed furtką zamiast przynieść paczkę pod drzwi. Mojego nazwiska z całą pewnością nie da się wziąć za włoskie, a gdyby ktoś miał wątpliwości, to wystarczy zrobić próbę czytaną.
Włoch taki próbuje moje nazwisko przeczytać, wymawiając na głos kolejne litery. Cztery pierwsze idą gładko, bo spółgłoski i samogłoski równoważą się. Dalej jest gorzej. „J” we włoskim alfabecie nie występuje, nie wiadomo jak się za nie zabrać. Ale zabójcza okazuje się dopiero zbitka spółgłosek po jocie i – na domiar złego – kolejne nie występujące we włoskim litery: „k” i „y”. Dlatego zazwyczaj na czterech pierwszych [literach] poprzestają, próba kończy się katastrofą i już wiadomo, że owa signorina Włoszką nie jest.  
Pan niby zrozumiał i niby przeprosił, ja zdążyłam się ucieszyć… Mija pół minuty…. Dzwoni. Na ekranie widzę tego samego pana – myślę sobie „niedobrze” – ale zostały też wezwane posiłki. Jest jeszcze drugi pan. Odbieram. (Tutaj znowu bawimy się w wykrzykiwanie „pronto!, pronto!”; nie ma zwycięzcy zabawy.)
Pan numer dwa postanawia spróbować równoważników zdań… A nawet nie. „Panda. Biała. Twoja?”. Z mojej strony panika. Kur**. No mam pidżamę w pandę… W bardzo, ale to bardzo dużo pand. Mam też polarową bluzę z pandą... Urodzinowe prezenty od Vi, ale – upewniam się – leżą sobie spokojnie na łóżku i z całą pewnością nie są białe.
Nie wydaje mi się też, żeby panowie mogli wiedzieć, że weszłam w posiadanie tych licznych pand. Kamera domofonowa działa tylko w jedną stronę. Obieram zatem drogę bezpieczną, odpowiadam krótko „nie” i modlę się, żeby panowie nie mieli więcej pytań.
Mają. „A twoje compleanno?”. Jak Boga kocham, usłyszałam „compleanno” (urodziny)… Ale być nie może, bo to przecież jeszcze bardziej bez sensu niż z tą pandą (którą, o zgrozo, dostałam przecież na urodziny)... Aiuto, aiuto, niech mi ktoś pomoże. Na potrzeby własne postanawiam założyć, że pan zapytał o kompana czy coś w ten deseń… Pasowałoby to do kontekstu – o ile można tu w ogóle mówić o jakimkolwiek kontekście. Dla własnego dobrego samopoczucia nie sprawdzam nawet czy słowo takowe istnieje w języku włoskim. Mówię, że nie. „No.” W tym momencie pan już nie ma więcej pytań i chwała mu za to. Dziękujemy sobie wzajemnie za przemiłą rozmowę. (Ostatecznie odpowiedziałam przecież na – jak rozumiem – pytanie kluczowe.)

I tak mniej więcej wygląda moja codzienność. Nawiązuję liczne nowe znajomości. Głównie na ulicach – znajomości jednostronne (o tym niebawem) lub przez domofon. Ten drugi typ bazuje na wspólnych zainteresowaniach, takich jak pandy właśnie. Mamy też z Vi przyjaciół, strażaków pożarnych, ale to zupełnie odrębna historia.

Akurat dziś spodziewam się jeszcze jednej przesyłki. Jedną już dostałam, ale nie mam pojęcia co to. Znowu jest na Vi, a on nic nie zapowiadał… Pewnie nie zadzwonili. Ciekawe czy tą paczką zdziwi się bardziej ode mnie czy jednak trochę mniej.
Jeżeli chodzi o moją przesyłkę, to martwię się na zapas, ale nie bez powodu. Bo to przesyłka od rodziców, z moimi rzeczami. Poważna sprawa, dlatego też jej wysłanie zajęło ponad miesiąc (hue hue hue). A zupełnie poważnie – będą to dwa kartony i walizka. Ciekawe czy pan kurier zlituje się i zdecyduje się przekroczyć próg furtki, żeby pomóc mi zanieść rzeczy na górę, czy standardowo – zgodnie z jakimś niepisanym regulaminem – zostawi mnie z tymi paczkami samą na pastwę losu. Boję się, że to  drugie.
Na wszelki wypadek zaplanowałam, że założę pandę, będę się ładnie uśmiechać i mówić, że „non capisco co pan ode mnie chce”. Jedni… Jedne stosują metodę na blondynkę, a inne – po warunkach - na rudą i na pandę. Każdy sposób jest dobry, o ile działa.

A! Zapomniałabym. Ta paczka co po nią wczoraj kurier przyjechał, a ja ją oddałam… Pochwaliłam się Vi, że się z panem dogadałam i że paczka już w drodze. Vi szczerze się ucieszył, że znajduję sposób na skomunikowanie się z panami kurierami… Aż mi się ciepło na serduszku zrobiło.
Ale paczkę oddałam niewłaściwą. To nie ta miała wrócić do rąk kuriera.

Wyjaśniła się też tajemnica pandy. Jakiś łoś (pozostańmy przy tematyce zoo) zastawił bramę samochodem, pandą właśnie. I panowie nie mogąc wyjechać albo wjechać, szukali właściciela.

PS1 Podobną technikę rozmawiania przez telefon przyjął tata Vi. Przykład z dnia wczorajszego. Dzwoni tata Vi (do nas - na nasz numer i i to on dzwoni), Vi (syn pierworodny) odbiera:
- Pronto? – mówi Vi.
- Pronto! – to jego tata.
- Pronto, papa?  – Vi.
- Chi è? (kto to?) – tata Vi.
[kurtyna]

PS2 Ilekroć słyszę „pronto”, mój mózg przypomina mi reklamę specyfiku do czyszczenia o tej wdzięcznej nazwie. Kusi mnie straszliwie, żeby któregoś razu na „pronto”, odkrzyknąć „pronto posprząta!”.

Komentarze