Trochę o lecie, trochę o wszystkim.
Ostatnio mnie tu nie ma. A nie ma, bo jestem strasznie
zajętym człowiekiem. Głównie zajmuję się udawaniem, że się uczę i to nie byle
jak się uczę, ale bardzo ciężko. Idzie mi to jak po grudzie… Jak flaki z olejem. Nawet
nie sama nauka, ale w ogóle udawanie. Po 15 minutach nauki następuje 20 minut
nic nie robienia. Ostatnie egzaminy - niby koniec już widać, a jednak wcale nie... W związku z tym nie
mogę pozwolić sobie na robienie czegokolwiek innego (w tym na pisanie bloga), więc
robię… NIC. Snuję się po mieszkaniu lub po tarasie, leżę na huśtawce i patrzę w
przestrzeń. A nuż przyjdzie do mnie z daleka jakieś natchnienie, głos jakiś
usłyszę albo coś zobaczę… Chociaż… Lepiej nie – z moją wyobraźnią to byłoby niebezpieczne. Nic z daleka
nie musi do mnie przemawiać, żebym w nocy liczyła barany zamiast spać.
Jeżeli chodzi o barany, to zazwyczaj doliczam jednego – do mnie samej. Dopadła
mnie bezsenność, jak za każdym razem, kiedy w codzienności pojawia się nadmiar
stresu. „Jeden, baranie, magisterka i ślub”, „dwa, baranie, magisterka i ślub
naraz”, „trzy, baranie, szykuje się przeprowadzka", "cztery, baranie, kto wie dokąd", "pięć, baranie, chyba padło ci na głowę”, „sześć, baranie, dobrze ci
tak, teraz nie śpij, tylko myśl”.
No to nie śpię. Najpierw ja i mój mózg przerabiamy
scenariusze i sprawdzamy obie listy „to do” i „done”. 3 w nocy to najlepszy
moment na przypomnienie sobie, że chyba należy kupić dekoracje z imionami albo
że umowa na tort chyba nie wyszła z wersji roboczych. A te przypisy w pierwszym
rozdziale są zrobione źle i w ogóle trzeba będzie dopisać jeszcze podrozdział o
historii rynku w drugim rozdziale… Tylko skąd wziąć dane? A tam na tej stronie,
co ją widziałam, to była taka zakładka jak historia, to może tam… A skoro już
jesteśmy przy historii, to co ze zdjęciami?
W końcu się męczymy (ja i mój mózg) i zapadamy w półsen, z
którego najczęściej wypadamy, bo…
- Spadamy samolotem. Na szczęście nigdy się nie rozbijamy, bo kiedy dociera do nas, że to już zaraz, budzimy się i otwieramy oczy. Uf.
- Jesteśmy na ślubie. Własnym. Wariacji na temat jest mnóstwo. Czasami nie ma obok pana młodego, czasami pan młody jest, ale nie ma urzędnika. Innym razem goście są bez butów. Szłam już do ślubu bez makijażu, a raz nawet bez włosów (???). Zdarzyło się też, że ślub nam spłonął… To akurat, przypuszczam, nie bez związku z faktem, że tego dnia podpaliłam <no przecież niespecjalnie> rękawice kuchenną… Co Vitto podsumował stwierdzeniem, iż dzieci nasze będą miały szczególne umiejętności w kierunku powodowania podpaleń i eksplozji. Rękawica, bowiem, płonęła już dwa razy na mojej dłoni i raz na dłoni Vitto. Statystyki, powiecie, na moją niekorzyść? Nic bardziej mylnego, bo to jednak Vi w duecie ze swoim tatą zrobił na tarasie pochodnię z grilla (tu znajdziecie tę historię), a parę miesięcy później już w pojedynkę spalił czajnik (o tym też pisałam).
- Przerabiam materiał do egzaminów lub zdaję egzamin. Chyba się bronię, aczkolwiek ciężko stwierdzić, bo nie rozumiem żadnego z pytań. No i właśnie. Nie umiem odpowiedzieć, zaczynam się pocić. I wtedy, bum…
Otwieram oczy, wszystko zaczyna się od nowa: umowa z zespołem
(buch, jak gorąco), spotkanie z promotorką (puf, jak gorąco), pokoje dla gości
(uf, jak gorąco), zabawa trwa.
Vitto wstaje do pracy, ja zasypiam, a potem do 12 nie
mam siły wstać z łóżka. Nic to, będzie mniej czasu na udawanie, że się uczę, to
mniej się zmęczę. Bo to jest baaaaardzo wyczerpujące zajęcie (to udawanie).
Zatem, nie piszę nic ostatnio, ale zbieram się w sobie, bo
widzę, że zaglądacie od czasu do czasu, a niektórzy nawet pytają o wpisy i to jest bardzo bardzo miłe i motywujące. 😊
Parę słów usprawiedliwienia powyżej. Wpisy w przygotowaniu, a dzisiaj sprzedam wam parę nowinek na dobry początek.
Wreszcie przyszło do nas lato. O tej porze roku, w której
rok temu płakałam, że jest mi za gorąco, za duszno i w ogóle wszystko „za” i proszę, niech
już przyjdzie zima (klik do lamentu), w tym roku modliłam się, żeby wreszcie wyszło słońce,
zrobiło się ciepło albo przynajmniej przestało padać. U was 17 stopni? U nas 13.
U was 21? U nas 15. Nawet w Neapolu pogoda nie dopisywała. Ba, to do nas ciepełko
przyszło najpierw (tydzień temu).
Mówi się, że lato za to będzie bardzo gorące. Wielu Włochów wierzy,
że jeżeli lato przychodzi później (czyli zima jest przedłużona, bo pamiętajmy: to
co nie jest latem, jest zimą <o tym przeczytacie w historycznym pierwszym wpisie> ), to będzie ponadprzeciętnie gorące. Nie wiem co
to może oznaczać… Gorąco ma się skumulować. Będzie 60 stopni? Nie jestem gotowa nawet na 30… Ratunku!
Okej. Zrobiło się ciepło, życie przeniosło się na taras.
Pani naprzeciwko opala się całymi dniami – najwyraźniej też nie pracuje. Rodzina
po skosie je każdy posiłek na zewnątrz. Nasza Figa odmawia siedzenia w
mieszkaniu. Dzieciaki wrzeszczą na placu zabaw.
Razem z ciepełkiem, które, swoją drogą, ma jeden ogromny
plus – schnie pranie! To pranie to jedno z moich największych wyzwań.
Jak nie jest gorąco, to robienie prania jest syzyfową pracą. Robisz takie
pranko, wywieszasz na zewnątrz (w środku nie możesz, bo już i tak masz grzyb w
każdym możliwym miejscu) i ono nie dość, że suszy się 4 dni i nadal jest
wilgotne, to jeszcze przechodzi smrodkiem wilgoci, zapach płynu (a i tak wlewam go średnio dwa razy
więcej niż napisali na etykiecie) wietrzeje i nie można zrobić nic innego, jak
wrzucić je od razu do kosza z brudnymi rzeczami i rozpocząć proces na nowo. A jak
tylko pojawia się trochę ciepełka, słoneczka czy wiaterku, to - rach ciach! - i po
dwóch godzinach wszystko suche. Magia!
Matko, jakie trudne jest dojście do puenty... Bo ja przecież
nie o praniu chciałam! Tylko o rybach! To ciepełko przyniosło naszemu miastu
pewną właściwość. No więc w okolicach godziny 14 – wiatr czy nie wiatr –
przywiewa do nas zapach plaży. Rano nic nie czuć, a po 14 mam w mieszkaniu
istny port rybacki. Wraca Vi, mówi, że w centrum też jedzie rybą (pokonuje tę
trasę, wracając z pracy), a po 19 już nic nie czuć. I teraz wszystko zależy od
spojrzenia. Można powiedzieć - jak mój Romeo - że jedzie rybą. Jeżeli o mnie chodzi, to
(podkreślę jeszcze raz, a co) jestem TAKA ZAJĘTA, że nie mogę pozwolić sobie na
spacer po plaży. Nie poszła Ola na plażę, to przyszła plaża do Oli. Są plusy? No ba!
Gdybym jednak na tę plażę postanowiła się wybrać i gdyby
nawet nie zżarły mnie wyrzuty sumienia, to istnieje spore prawdopodobieństwo,
że ten zapaszek by mnie pokonał.
Poza tym, mamy nowych sąsiadów. Interesujące zjawisko. Zidentyfikowaliśmy
ich obecność na podstawie dźwięków. To wcale nie jest proste, bo sezon się
rozpoczyna, a to znaczy, że w dużą część nocy muzyka niesie się… Zewsząd. Sąsiedztwo stacji kolejowej to też niełatwa sprawa, bo jak pracować na kolei, to tylko między 23 a 4 nad ranem. Słuchawki wygłuszające poszły w
ruch, ale sąsiedzi nadal dają radę się przebić. Twardziele!
Pojawiają się raz na jakiś czas.
Powiedzmy... Raz na miesiąc, dosyć przypadkowo – czasem w długi weekend, a czasem na
przykład w środę. Podejrzewamy, że mieszkanie służy im do urządzania specyficznego rodzaju
imprez lub rozładowywania napięcia. Nie, nie, misiaczki, nieczyste myśli zostawcie za drzwiami - to zupełnie nie tak.
Nasi
sąsiedzi przyjeżdżają do mieszkania nad nami, żeby PRZESTAWIAĆ MEBLE.
....
....
....
TAK.
Piski,
zgrzyty, szuranie – jak te roboty na kolei, tyle że jeszcze dłuższe – zaczynają
się około północy i kończą w okolicach 6…. Trzy pierwsze razy miałam ochotę
pójść na górę, pięścią dobijać się do drzwi, Vi w tym czasie dzwoniłby dzwonkiem
– w mojej wyobraźni, doprowadzam ich tym do szału, ale zaraz zaraz… Mówimy o ludziach,
którzy w ramach hobby przestawiają nocą meble…
Teraz jesteśmy na etapie diabelskiej ciekawości, a przebieg wizyty oboje wyobrażamy sobie tak: „puk puk... dzień
dobry, jesteśmy sąsiadami z dołu, jesteśmy STRASZNIE ciekawi, co wy tu
właściwie robicie. Prosimy, powiedzcie nam, co robicie!”.
Ostatni newsik jest taki, że wysłałam aplikacje do dwóch
korpo w Mediolanie i jedną na edytora tekstów. Od czasu do czasu, zajmuje mnie
więc modlitwa, a brzmi ona mniej więcej tak: „Panie Boże, niech nie zadzwonią
albo niech zadzwonią, kiedy nie będę mogła odebrać, to będę udawać, że nie
zadzwonili. Amen.”. Bo wiecie, jak nie oddzwonią, to a) nie będę musiała jechać
do Mediolanu na rozmowę, b) nie będę musiała myśleć o przeprowadzce, c) a za to
będę mogła z czystym sumieniem kontynuować życie nad morzem. Gdzie indziej
plaża przyjdzie do mnie, kiedy ja nie pójdę na plażę?



Komentarze
Prześlij komentarz