Co ma pralka do okna...?
Uwaga, wytężajcie swe mózgi, bo oto przed wami - zagadka. Pytanie na wagę złota, jeżeli rozważacie przeprowadzkę nad morze.... Możliwe, że rozwiązanie zaaplikować można tylko do Adriatyku, nie wiem - nie sprawdzałam. Pytanie za 0 złotych, ale!... Do zdobycia jest mój dozgonny szacunek. W bonusie dorzucę darmową poradę na temat "czy powinieneś się przeprowadzić".
(Szansa podania właściwej odpowiedzi bez doświadczenia podobnych przeżyć jest bliska 0, zatem poradę podaję do wiadomości od razu: człowieku, przeprowadź się jak najszybciej!)
Pytanie brzmi: co ma pralka do okna?
Wiem, to trudne. Uwaga, rzucam pierwsze koło ratunkowe.
Uściślijmy pytanie: co ma niedziałająca pralka do zamkniętego okna?
Również nic? Rozumiem. To lepiej, świadczy o tym, że mieszkacie w cywilizowanym kraju. Pewnie nawet macie w domu temperaturę powyżej 20 stopni bez grzania farelką. Szczęściarze.
Podpowiadam dalej: pralka nie działa, okno było zamknięte, a w międzyczasie przestało działać ogrzewanie.
A było tak.
Najpierw były bezowocne dyskusje. Ja, że jest mi zimno, on, żebym się ubrała. Ja, że mam na sobie trzy warstwy, on, żebym założyła jeszcze jedną. Ja, że to trzy polary i że następnego już nie wciągnę, on, że da mi swój. Ja, że w domu ma być ciepło, on, że energię trzeba oszczędzać. Ja, że szkoda, że gdzie indziej nie oszczędza energii tak ochoczo, on, że właśnie oszczędza. Ja znowu, że jest mi zimno, on, że w Polsce jest zimniej. W końcu wystosowałam odpowiedź, którą ze złośliwym uśmiechem powtarzam każdemu, kto wyrzuca mi, że w Polsce jest zimno. Jakby wam była kiedyś potrzebna, to leci to tak: "w Polsce jest zimno na dworze i ciepło w domu, mamy ogrzewanie". Oni zwykle odpowiadają: "my też mamy", a wy na to: "ale my je włączamy".
Następnie przez dobry miesiąc toczyliśmy cichą wojnę, w której każdy próbował przeforsować swoje racje, ale w taki sposób, żeby to drugie się nie zorientowało. Ja podkręcałam ogrzewanie na 21 stopni, a Vi po cichu zakradał się do termostatu i obniżał je do 17. Wypierał się za każdym razem, kiedy zarzucałam mu ten zamach na moje zdrowie, twierdząc, że to nie on, a kiedy załapałam go na tym gorącym (jeżeli 17 stopni można tak określić) uczynku, tłumaczył, że teraz to on przestawił, ale normalnie - to automat. Ja na to: "czy wyglądam na blondynkę?", on na to, że jak rudość wypłowieje, to owszem. Ja nie przypominałam, że jestem blondynką, bo to nie o tym toczyła się rozmowa.
W końcu nasze problemy się rozwiązały. To znaczy nasz jeden problem - pod tytułem "jaka ma być temperatura w domu polsko-włoskim" - się rozwiązał... Zresztą, w jego miejsce natychmiast wskoczył nowy... Właściwie to odwrotnie - najpierw wskoczył nowy, a dopiero potem wyskoczył ten pierwszy.
Któregoś pięknego, acz zimnego, grudniowego poranka przestała płynąć ciepła woda. Vi ambitnie postanowił, że sam naprawi. Naprawiał ze trzy dni. Zaczynał lecieć wrzątek, Vi dawał znak, żeby wskakiwać pod prysznic, bo będzie super. Ja wskakiwałam i wtedy właśnie przestawało być super. Więc Vi znowu "naprawiał" i twierdził, że będzie super. I znowu nie było super.
Wreszcie fidanzato wydzwonił hydraulika. Ten powiedział, że oczywiście naprawi, ale po pierwsze za jedyne 180 euro, po drugie - za jedyny tydzień. I tu zbliżamy się do tej części, z której nie jestem dumna.... W obliczu 17 stopni w mieszkaniu i zimnej wody pod prysznicem, moje serce zamieniło się w kawałek lodu, zmarzł też mózg, a marznący brzytwy się chwyta... Odstawiłam piękną scenę tragiczną pod tytułem "jak w tej chwili nie zrobisz 20 stopni w mieszkaniu, to ja wracam do rodziców". Dla zbudowania odpowiedniego dramatyzmu wyciągnęłam nawet walizkę.
Ponieważ nie mieliśmy problemów z ogrzewaniem, a tylko z ciepłą wodą, od tamtego momentu mamy ponad 20 stopni prawie cały czas... Z małym wyjątkiem, który prowadzi nas wprost do odpowiedzi na pytanie o związek pomiędzy pralką i oknem. Z tym, że... Skala wyjątku niekontrolowanie się rozrosła.
Święta spędziliśmy w Warszawie, a Sylwestra i 6 stycznia w Neapolu, łącznie - dwa tygodnie poza domem. W Neapolu stosunek do ogrzewania jest specyficzny i można go zamknąć w jednym zdaniu: albo nie używa się go wcale, albo włącza według schematu. Na przykład wypracowany przez mojego teścia jest taki: 3-4 razy dziennie na godzinę. Nie zapominajmy o jak najczęstszym wietrzeniu pomieszczeń, wilgoć! Wietrzenie robi też dobrze na przeziębienie, wykurza (wymraża?) bakterie i zarazki, w szczególności z układu oddechowego. Zatem w mieszkaniu Babci Vi było jakieś 10 stopni (jak <własną> babcię kocham, nawet nie próbowałam zdejmować tam kurtki), a w mieszkaniu teściów - około 15 początkowo, a później między 17 i 18 po naszych błaganiach. Żeby oddać sprawiedliwość, byliśmy też w mieszkaniu przyjaciela Vi, w którym było 21 stopni. On, wraz z rodziną, po prostu podziela moje zdanie na temat tego, że dom ma być domem i w nim grzeje.
Po bardzo miłym - ale zimnym (w mieszkaniu, bo na zewnątrz wcale nie było tak zimno) - tygodniu w Neapolu nadszedł dzień powrotu do Rimini. W drodze Vi snuł fantazje o ciepłym mieszkanku, o tym że będę mogła chodzić bez polaru i że nie będę trząść się z zimna. W tych fantazjach królowało słowo "ciepło" we wszystkich możliwych formach i były takie realistyczne, że zaczęłam to sobie wyobrażać.
Tymczasem w domu czekał nas zimny prysznic. To znaczy - nie dosłownie, broń Boże! Wodę dopiero co naprawialiśmy i ta była... Musieliśmy ją tylko włączyć - razem z ogrzewaniem, które padło. W rezultacie zastaliśmy w mieszkaniu temperaturę 6 stopni w pokojach i 3 stopni w łazience. To było 6 stycznia. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr - jak powtarzał mój wychowawca, więc nie będę się nad tym rozwodzić.
Niedługo potem przyszła kolejna niespodzianka. Otóż okazało się, że każda próba zrobienia prania w pralce kończy się wywaleniem korków. Vi podjął próbę naprawy, jakżeby inaczej. Dwa dni później przyszedł specjalista jakżeby inaczej. Jeżeli chodzi o zabawy z prądem, to akurat wolę, żeby od razu pojawiał się elektryk, Vi ma wyjątkowe szczęście do palących się (palenia?) urządzeń (historię grilla znajdziecie tutaj, a tutaj jest o czajniku).
Elektryk przyszedł pod moją obecność, a nieobecność Vi. Nie mogąc znaleźć żadnej realnej usterki w pralce, kontynuował próby i poszukiwania dosyć długo, a ja zabawiałam go rozmową, głównie opowiadając o grzybach na ścianach (zapomniałam wam napisać, że jak już wróciliśmy z Neapolu, to oprócz 6 stopni, zastaliśmy też całkiem nowy grzyb w łazience i odnowiony stary w salonie), braku ciepłej wody i ogrzewaniu, które przestało działać. I w ten sposób dzięki kooperacji (tak powiedział pan elektryk, <dumna>) udało się ustalić, co się wydarzyło: padło ogrzewanie, weszła wilgoć, okno było zamknięte, więc nie było wentylacji, wyszedł grzyb, silnik pralki zamókł, więc ta wywala korki.
Zgadliście? 😏
Przyjmuję zakłady, co przestanie działać jako następne. Aktualnie nie prowadzę zakładów dotyczących grzybów, bo skończyły nam się pomieszczenia. Tymczasem zaczęliśmy poszukiwania nowego mieszkania... Nareszcie.
(Szansa podania właściwej odpowiedzi bez doświadczenia podobnych przeżyć jest bliska 0, zatem poradę podaję do wiadomości od razu: człowieku, przeprowadź się jak najszybciej!)
Pytanie brzmi: co ma pralka do okna?
Wiem, to trudne. Uwaga, rzucam pierwsze koło ratunkowe.
Uściślijmy pytanie: co ma niedziałająca pralka do zamkniętego okna?
Również nic? Rozumiem. To lepiej, świadczy o tym, że mieszkacie w cywilizowanym kraju. Pewnie nawet macie w domu temperaturę powyżej 20 stopni bez grzania farelką. Szczęściarze.
Podpowiadam dalej: pralka nie działa, okno było zamknięte, a w międzyczasie przestało działać ogrzewanie.
A było tak.
Najpierw były bezowocne dyskusje. Ja, że jest mi zimno, on, żebym się ubrała. Ja, że mam na sobie trzy warstwy, on, żebym założyła jeszcze jedną. Ja, że to trzy polary i że następnego już nie wciągnę, on, że da mi swój. Ja, że w domu ma być ciepło, on, że energię trzeba oszczędzać. Ja, że szkoda, że gdzie indziej nie oszczędza energii tak ochoczo, on, że właśnie oszczędza. Ja znowu, że jest mi zimno, on, że w Polsce jest zimniej. W końcu wystosowałam odpowiedź, którą ze złośliwym uśmiechem powtarzam każdemu, kto wyrzuca mi, że w Polsce jest zimno. Jakby wam była kiedyś potrzebna, to leci to tak: "w Polsce jest zimno na dworze i ciepło w domu, mamy ogrzewanie". Oni zwykle odpowiadają: "my też mamy", a wy na to: "ale my je włączamy".
Następnie przez dobry miesiąc toczyliśmy cichą wojnę, w której każdy próbował przeforsować swoje racje, ale w taki sposób, żeby to drugie się nie zorientowało. Ja podkręcałam ogrzewanie na 21 stopni, a Vi po cichu zakradał się do termostatu i obniżał je do 17. Wypierał się za każdym razem, kiedy zarzucałam mu ten zamach na moje zdrowie, twierdząc, że to nie on, a kiedy załapałam go na tym gorącym (jeżeli 17 stopni można tak określić) uczynku, tłumaczył, że teraz to on przestawił, ale normalnie - to automat. Ja na to: "czy wyglądam na blondynkę?", on na to, że jak rudość wypłowieje, to owszem. Ja nie przypominałam, że jestem blondynką, bo to nie o tym toczyła się rozmowa.
W końcu nasze problemy się rozwiązały. To znaczy nasz jeden problem - pod tytułem "jaka ma być temperatura w domu polsko-włoskim" - się rozwiązał... Zresztą, w jego miejsce natychmiast wskoczył nowy... Właściwie to odwrotnie - najpierw wskoczył nowy, a dopiero potem wyskoczył ten pierwszy.
Któregoś pięknego, acz zimnego, grudniowego poranka przestała płynąć ciepła woda. Vi ambitnie postanowił, że sam naprawi. Naprawiał ze trzy dni. Zaczynał lecieć wrzątek, Vi dawał znak, żeby wskakiwać pod prysznic, bo będzie super. Ja wskakiwałam i wtedy właśnie przestawało być super. Więc Vi znowu "naprawiał" i twierdził, że będzie super. I znowu nie było super.
Wreszcie fidanzato wydzwonił hydraulika. Ten powiedział, że oczywiście naprawi, ale po pierwsze za jedyne 180 euro, po drugie - za jedyny tydzień. I tu zbliżamy się do tej części, z której nie jestem dumna.... W obliczu 17 stopni w mieszkaniu i zimnej wody pod prysznicem, moje serce zamieniło się w kawałek lodu, zmarzł też mózg, a marznący brzytwy się chwyta... Odstawiłam piękną scenę tragiczną pod tytułem "jak w tej chwili nie zrobisz 20 stopni w mieszkaniu, to ja wracam do rodziców". Dla zbudowania odpowiedniego dramatyzmu wyciągnęłam nawet walizkę.
Ponieważ nie mieliśmy problemów z ogrzewaniem, a tylko z ciepłą wodą, od tamtego momentu mamy ponad 20 stopni prawie cały czas... Z małym wyjątkiem, który prowadzi nas wprost do odpowiedzi na pytanie o związek pomiędzy pralką i oknem. Z tym, że... Skala wyjątku niekontrolowanie się rozrosła.
Święta spędziliśmy w Warszawie, a Sylwestra i 6 stycznia w Neapolu, łącznie - dwa tygodnie poza domem. W Neapolu stosunek do ogrzewania jest specyficzny i można go zamknąć w jednym zdaniu: albo nie używa się go wcale, albo włącza według schematu. Na przykład wypracowany przez mojego teścia jest taki: 3-4 razy dziennie na godzinę. Nie zapominajmy o jak najczęstszym wietrzeniu pomieszczeń, wilgoć! Wietrzenie robi też dobrze na przeziębienie, wykurza (wymraża?) bakterie i zarazki, w szczególności z układu oddechowego. Zatem w mieszkaniu Babci Vi było jakieś 10 stopni (jak <własną> babcię kocham, nawet nie próbowałam zdejmować tam kurtki), a w mieszkaniu teściów - około 15 początkowo, a później między 17 i 18 po naszych błaganiach. Żeby oddać sprawiedliwość, byliśmy też w mieszkaniu przyjaciela Vi, w którym było 21 stopni. On, wraz z rodziną, po prostu podziela moje zdanie na temat tego, że dom ma być domem i w nim grzeje.
Po bardzo miłym - ale zimnym (w mieszkaniu, bo na zewnątrz wcale nie było tak zimno) - tygodniu w Neapolu nadszedł dzień powrotu do Rimini. W drodze Vi snuł fantazje o ciepłym mieszkanku, o tym że będę mogła chodzić bez polaru i że nie będę trząść się z zimna. W tych fantazjach królowało słowo "ciepło" we wszystkich możliwych formach i były takie realistyczne, że zaczęłam to sobie wyobrażać.
Tymczasem w domu czekał nas zimny prysznic. To znaczy - nie dosłownie, broń Boże! Wodę dopiero co naprawialiśmy i ta była... Musieliśmy ją tylko włączyć - razem z ogrzewaniem, które padło. W rezultacie zastaliśmy w mieszkaniu temperaturę 6 stopni w pokojach i 3 stopni w łazience. To było 6 stycznia. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr - jak powtarzał mój wychowawca, więc nie będę się nad tym rozwodzić.
Niedługo potem przyszła kolejna niespodzianka. Otóż okazało się, że każda próba zrobienia prania w pralce kończy się wywaleniem korków. Vi podjął próbę naprawy, jakżeby inaczej. Dwa dni później przyszedł specjalista jakżeby inaczej. Jeżeli chodzi o zabawy z prądem, to akurat wolę, żeby od razu pojawiał się elektryk, Vi ma wyjątkowe szczęście do palących się (palenia?) urządzeń (historię grilla znajdziecie tutaj, a tutaj jest o czajniku).
Elektryk przyszedł pod moją obecność, a nieobecność Vi. Nie mogąc znaleźć żadnej realnej usterki w pralce, kontynuował próby i poszukiwania dosyć długo, a ja zabawiałam go rozmową, głównie opowiadając o grzybach na ścianach (zapomniałam wam napisać, że jak już wróciliśmy z Neapolu, to oprócz 6 stopni, zastaliśmy też całkiem nowy grzyb w łazience i odnowiony stary w salonie), braku ciepłej wody i ogrzewaniu, które przestało działać. I w ten sposób dzięki kooperacji (tak powiedział pan elektryk, <dumna>) udało się ustalić, co się wydarzyło: padło ogrzewanie, weszła wilgoć, okno było zamknięte, więc nie było wentylacji, wyszedł grzyb, silnik pralki zamókł, więc ta wywala korki.
Zgadliście? 😏
Przyjmuję zakłady, co przestanie działać jako następne. Aktualnie nie prowadzę zakładów dotyczących grzybów, bo skończyły nam się pomieszczenia. Tymczasem zaczęliśmy poszukiwania nowego mieszkania... Nareszcie.

Komentarze
Prześlij komentarz