Co ten pan tak macha?
Włoskie autostrady są wspaniałym miejscem do prowadzenia obserwacji na narodzie włoskim. Nieocenionym wręcz. Dech zapiera mi w piersi, ilekroć przychodzi mi odbyć dłuższą podróż i Bogu dziękuję, że jako pasażer, bo się napatrzę, nachłonę, naobserwuję i z pewnością zobaczę coś, czego jeszcze nie widziałam - może nawet w najśmielszych wyobrażeniach, a przyznam wam się zupełnie szczerze, że czego jak czego, ale fantazji to mi Bóg nie poskąpił.
Na autostradzie dobrze się śpi. Jadąc, śni się sny realnie koszmarne o długich korkach, o państwie płonących samochód, a potem przetarłszy z pozoru zaklejone śpiochami oczęta, jakby z mgieł dalekich przypływa świadomość, przeplata się jawa ze snem, aż wreszcie zlewają się one w jedną włoską rzeczywistość. I wtem przychodzi zrozumienie, że sny realnie koszmarne, koszmarnie realne nie bez powodu się wydawały.
Poświęcając kolejny wpis autostradzie (jeden już jej poświęciła: klik), nie mogę przemilczeć tego, że spać i śnić na niej i o niej można też stojąc. To znaczy my oczywiście leżymy, a jedynym stojącym jest samochód. Oto praktyka powszechna nad ranem lub ciemną nocą, kiedy powietrze pachnie wolnością, z nieba żar się leje, a człowiek przykleja się do niewygodnego fotela. Korek przybiera kolor czarny albo czerwony, co zresztą jest ogłaszane na parę tygodni przed, ale i tak wyruszamy w tę podróż. Ahoj przygodo! Ostrzegam jednak, że sny śnione w zatoczce lub na poboczu mogą przybrać inny charakter od tych w ruchu. Pasażer śni często o chrapiącym kierowcy, a kierowca zwyczajnie o tym, że dalej jedzie. Wybudza się taki od czasu do czasu, pokrzykując, i tu posłużę się eufemizmem: "o mamma mia!". Uspokaja się po chwili, kiedy dotrze do niego, że jednak stoi... To znaczy leży, ale w nieruchomym samochodzie.
Obok zachwytu, czuję do autostrady respekt. Wielki, wielki respekt, tylko wybrani dojadą bowiem do celu bez poturbowań. Inni (większość) stać będą w korkach z powodów różnorakich, wszystkie to jednak wypadki losowe. Czasem niczym ogień namiętności zapłonie na poboczu samochód. (A 76 kilometrów dalej - jeszcze jeden.) Czasem jak mur runie wiadukt. Czasem pani zima obsypie świat płatkami śniegu i żadna droga do Rzymu nie poprowadzi, bo władze zamkną je zapobiegliwie na dzień i noc, i jeszcze dzień, i kolejną noc. Czasem autostradą dałoby się nawet śmignąć w tłumie innych śmigających, tymczasem autko domaga się benzyny, a tu niespodzianka - kolejka do wjazdu na stację benzynową i trach, pół godziny z głowy. Plany śmigania ulatują ku niebu jak dym z papierosa albo para buchająca nad filiżanką espresso, którą obowiązkowo musimy wypić na (każdej!) stacji i znowuż: trach, kolejne pół godzinki, ale przecież Włochem być to też zobowiązanie, a porządny obywatel od obowiązków się nie miga. Czasem zdarzy się najzwyklejszy wypadek i właściwie dałoby się przejechać pasem obok... Ba, dwoma pasami, a wyłączyć z ruchu tylko jeden - ale się nie da. Świat staje w miejscu i tylko wskazówki zegara nie. Kto wie, może by nawet chciały, ale ostatecznie - nie chcą.
- Ty, Vi! Patrz człowiek!
"Cicho jakby cały świat zgasił światło poszedł spać..."*
- Ty, Vi! On tak na środku?
"Twego głosu wciąż mi brak...."*
- SAMOBÓJCA?
"Do serca podchodzi mi lód"*
- Ty, a co ten pan tak macha?!
Od czasu do czasu, tu i tam - a to na środku drogi, a to jeszcze bardziej na środku drogi, a czasem trochę jakby z boku, ale jednak na środku - stoi sobie samotny pan odziany w odblaskową kamizelkę. Nie jest smutny, mimo swej samotności wesoło macha... No właśnie, czym on macha? Ręcznikiem? Flagą? Nie mogę sobie przypomnieć koloru... Czy możliwe, że jest to biała flaga? Byłaby w tym pewna ironia, ale i sens by się znalazł!
- Roboty drogowe. - wyrokuje fidanzato. Powinnam zrozumieć. Powinnam załapać i nie wygłupiać się dalej z tymi moimi - pożal się Boże - pytaniami. Ale oczywiście nie rozumiem i nie łapię. Jako mistrz logicznego myślenia dochodzę jedynie do wniosku, że jak na potencjalnego samobójcę pan za bardzo rzuca się w oczy... O, jednak nie jest samotny - następny pan 100 metrów dalej! I jeszcze jeden! I jeszcze następny! Co do robót drogowych - niczego nowego mi, chłopaku, nie powiedziałeś, informują o nich już od 10 kilometrów. Bravo.
- Ale co on tak macha i macha?! - domagam się... Żądam odpowiedzi!
Radość wypływa na oblicze na fidanzato i powtarza jedyną słuszną odpowiedź, innej się nie doczekam:
- Roboty drogowe. U was ich nie sygnalizują?
Ach, ten jego uśmiech. Mało brakuje, żeby mi stopił serce, ale umysł pozostaje trzeźwy. Dobrze wiem, co się ukrywa pod tym mało tajemniczym "u was". Mimo wszystko pozostaje pomiędzy nami pewna potrzeba konkurowania, a mamy przecież naturalne podłoże: my w Polsce to mamy pierogi, a my we Włoszech pizzę; my to mamy Dobrą Zmianę, a my Berlusconiego; nasza języka trudna i nie do nauczenia, a nasz język dla każdego (chociaż - co ciekawe i zabawne - wielu Włochom wydaje się, że ich język jest bardzo trudny i pozostają pod ogromnym wrażeniem, kiedy słyszą obcokrajowca posługującego się nim); u was w lecie jest za gorąco i nie da się żyć, a u was zimą za zimno i też się nie da.
U was = w tej zimnej szarej północnej rzeczywistości. W kraju dzikim, nieoznakowanym prawdopodobnie i na domiar złego ze społeczeństwem, które jada śmierdzące zgniłe ogórki, które my południowcy wyczuwamy na odległość kilometra.
Oooo, ja ci pokażę, ty mój fidanzato ty!
- Sygnalizują, ale wiesz - my mamy znaki. Stoją na jezdni albo na poboczu i sygnalizują zgodnie z przeznaczeniem. Czasem nawet światełko mruga z oddali. Bez ryzykowania życia, bez białej flagi. Taki system znaków.
- No my też mamy znaki i światełka. I jeszcze ludzi.
I oni tak stoją pośród samochodów, każdy w rękach ma tę wielką białą flagę i kręci nią ósemki. Rozstawieni najpierw co kilkaset, a później co kilkadziesiąt metrów wykonują taniec synchroniczny z płachtą i pewnie modlą się po cichu, żeby przeżyć, a zmieszanie swoje ukrywają pod niewyraźnym uśmiechem..
- ...
- Żeby było lepiej widać
- ...
Jeżeli ktoś ci mówi, że znaki co pół kilometra, a potem co 100 metrów i mrugające światełka można przegapić to (nomen omen) znak, że masz do czynienia z Włochem.
- To u was nie ma ludzi?
- Na ulicach? Nie. Chyba, że jest protest.
- I nikt nie macha?
- Nie macha.
- To skąd wiecie, że są roboty drogowe?
- ???!!!
- Jak nie ma ludzi...
- Znaki? Światełka?
- I to wystarcza?
Słabnę.
Dziękuję za uwagę.
[Kurtyna]
Na autostradzie dobrze się śpi. Jadąc, śni się sny realnie koszmarne o długich korkach, o państwie płonących samochód, a potem przetarłszy z pozoru zaklejone śpiochami oczęta, jakby z mgieł dalekich przypływa świadomość, przeplata się jawa ze snem, aż wreszcie zlewają się one w jedną włoską rzeczywistość. I wtem przychodzi zrozumienie, że sny realnie koszmarne, koszmarnie realne nie bez powodu się wydawały.
Poświęcając kolejny wpis autostradzie (jeden już jej poświęciła: klik), nie mogę przemilczeć tego, że spać i śnić na niej i o niej można też stojąc. To znaczy my oczywiście leżymy, a jedynym stojącym jest samochód. Oto praktyka powszechna nad ranem lub ciemną nocą, kiedy powietrze pachnie wolnością, z nieba żar się leje, a człowiek przykleja się do niewygodnego fotela. Korek przybiera kolor czarny albo czerwony, co zresztą jest ogłaszane na parę tygodni przed, ale i tak wyruszamy w tę podróż. Ahoj przygodo! Ostrzegam jednak, że sny śnione w zatoczce lub na poboczu mogą przybrać inny charakter od tych w ruchu. Pasażer śni często o chrapiącym kierowcy, a kierowca zwyczajnie o tym, że dalej jedzie. Wybudza się taki od czasu do czasu, pokrzykując, i tu posłużę się eufemizmem: "o mamma mia!". Uspokaja się po chwili, kiedy dotrze do niego, że jednak stoi... To znaczy leży, ale w nieruchomym samochodzie.
Obok zachwytu, czuję do autostrady respekt. Wielki, wielki respekt, tylko wybrani dojadą bowiem do celu bez poturbowań. Inni (większość) stać będą w korkach z powodów różnorakich, wszystkie to jednak wypadki losowe. Czasem niczym ogień namiętności zapłonie na poboczu samochód. (A 76 kilometrów dalej - jeszcze jeden.) Czasem jak mur runie wiadukt. Czasem pani zima obsypie świat płatkami śniegu i żadna droga do Rzymu nie poprowadzi, bo władze zamkną je zapobiegliwie na dzień i noc, i jeszcze dzień, i kolejną noc. Czasem autostradą dałoby się nawet śmignąć w tłumie innych śmigających, tymczasem autko domaga się benzyny, a tu niespodzianka - kolejka do wjazdu na stację benzynową i trach, pół godziny z głowy. Plany śmigania ulatują ku niebu jak dym z papierosa albo para buchająca nad filiżanką espresso, którą obowiązkowo musimy wypić na (każdej!) stacji i znowuż: trach, kolejne pół godzinki, ale przecież Włochem być to też zobowiązanie, a porządny obywatel od obowiązków się nie miga. Czasem zdarzy się najzwyklejszy wypadek i właściwie dałoby się przejechać pasem obok... Ba, dwoma pasami, a wyłączyć z ruchu tylko jeden - ale się nie da. Świat staje w miejscu i tylko wskazówki zegara nie. Kto wie, może by nawet chciały, ale ostatecznie - nie chcą.
- Ty, Vi! Patrz człowiek!
"Cicho jakby cały świat zgasił światło poszedł spać..."*
- Ty, Vi! On tak na środku?
"Twego głosu wciąż mi brak...."*
- SAMOBÓJCA?
"Do serca podchodzi mi lód"*
- Ty, a co ten pan tak macha?!
Od czasu do czasu, tu i tam - a to na środku drogi, a to jeszcze bardziej na środku drogi, a czasem trochę jakby z boku, ale jednak na środku - stoi sobie samotny pan odziany w odblaskową kamizelkę. Nie jest smutny, mimo swej samotności wesoło macha... No właśnie, czym on macha? Ręcznikiem? Flagą? Nie mogę sobie przypomnieć koloru... Czy możliwe, że jest to biała flaga? Byłaby w tym pewna ironia, ale i sens by się znalazł!
- Roboty drogowe. - wyrokuje fidanzato. Powinnam zrozumieć. Powinnam załapać i nie wygłupiać się dalej z tymi moimi - pożal się Boże - pytaniami. Ale oczywiście nie rozumiem i nie łapię. Jako mistrz logicznego myślenia dochodzę jedynie do wniosku, że jak na potencjalnego samobójcę pan za bardzo rzuca się w oczy... O, jednak nie jest samotny - następny pan 100 metrów dalej! I jeszcze jeden! I jeszcze następny! Co do robót drogowych - niczego nowego mi, chłopaku, nie powiedziałeś, informują o nich już od 10 kilometrów. Bravo.
- Ale co on tak macha i macha?! - domagam się... Żądam odpowiedzi!
Radość wypływa na oblicze na fidanzato i powtarza jedyną słuszną odpowiedź, innej się nie doczekam:
- Roboty drogowe. U was ich nie sygnalizują?
Ach, ten jego uśmiech. Mało brakuje, żeby mi stopił serce, ale umysł pozostaje trzeźwy. Dobrze wiem, co się ukrywa pod tym mało tajemniczym "u was". Mimo wszystko pozostaje pomiędzy nami pewna potrzeba konkurowania, a mamy przecież naturalne podłoże: my w Polsce to mamy pierogi, a my we Włoszech pizzę; my to mamy Dobrą Zmianę, a my Berlusconiego; nasza języka trudna i nie do nauczenia, a nasz język dla każdego (chociaż - co ciekawe i zabawne - wielu Włochom wydaje się, że ich język jest bardzo trudny i pozostają pod ogromnym wrażeniem, kiedy słyszą obcokrajowca posługującego się nim); u was w lecie jest za gorąco i nie da się żyć, a u was zimą za zimno i też się nie da.
Oooo, ja ci pokażę, ty mój fidanzato ty!
- Sygnalizują, ale wiesz - my mamy znaki. Stoją na jezdni albo na poboczu i sygnalizują zgodnie z przeznaczeniem. Czasem nawet światełko mruga z oddali. Bez ryzykowania życia, bez białej flagi. Taki system znaków.
- No my też mamy znaki i światełka. I jeszcze ludzi.
I oni tak stoją pośród samochodów, każdy w rękach ma tę wielką białą flagę i kręci nią ósemki. Rozstawieni najpierw co kilkaset, a później co kilkadziesiąt metrów wykonują taniec synchroniczny z płachtą i pewnie modlą się po cichu, żeby przeżyć, a zmieszanie swoje ukrywają pod niewyraźnym uśmiechem..
- ...
- Żeby było lepiej widać
- ...
Jeżeli ktoś ci mówi, że znaki co pół kilometra, a potem co 100 metrów i mrugające światełka można przegapić to (nomen omen) znak, że masz do czynienia z Włochem.
- To u was nie ma ludzi?
- Na ulicach? Nie. Chyba, że jest protest.
- I nikt nie macha?
- Nie macha.
- To skąd wiecie, że są roboty drogowe?
- ???!!!
- Jak nie ma ludzi...
- Znaki? Światełka?
- I to wystarcza?
Słabnę.
Dziękuję za uwagę.
[Kurtyna]
* Nie mogłam sobie odmówić wkomponowania fragmentów utworu "Cicho" Ewy Farny.

Komentarze
Prześlij komentarz