Jak wygląda autostrada o 5 nad ranem
Obserwuję różnice kulturowe. Jestem nimi otoczona. Żeby nie powiedzieć, że moje
życie codzienne jest jedną wielką różnicą kulturową… Tak samo mój związek.
(Musiałam o tym wspomnieć, bo dziś stukają nam trzy latka! Brawo my.)
Z różnicami bywa różnie: niektóre mnie zaskakują, niektóre
denerwują, inne bawią… Są też takie, które podchodzą pod kategorię wyjątkową:
FASCYNUJĄCE.
A najbardziej fascynująca jest autostrada. Nie… Nie byle
jaka autostrada. Włoska... O 5 nad ranem. W wakacje.
Z tą autostradą to
było tak, że tydzień w sierpniu spędziliśmy w Rimini, a potem (w sobotę)
samochodem wracaliśmy do Neapolu. 6 godzin drogi… W normalnych warunkach.
W piątek wieczorem podczas kolacji Vi zaczął wariować.
Gdzieś przeczytał o jakimś czarnym alarmie* czy czymś tam innym, w każdym razie
w kolorze czarnym. I zaczął się martwić. Że tłok na ulicy, że korki, że
utkniemy, że bla bla bla.
Z jednej strony myślałam: „niemożliwe, żeby było tak
źle”. Ale z drugiej skoro Vi zaczął się martwić, to może jednak warto się nad tym
głębiej zastanowić… Vi się nie martwi. Z natury, taki charakter.
Porozmawialiśmy, pomyśleliśmy i doszliśmy do wniosku, że
mamy 3 opcje do wyboru:
Opcja 1: Wyjeżdżamy tego samego dnia późnym wieczorem, po
kolacji i pakowaniu, ok. 23. Nie śpimy.
Opcja 2: Śpimy, wstajemy ok. 6 i ruszamy.
Opcja 3: Robimy krótką drzemkę po kolacji i pakowaniu,
wstajemy ok. 3 i jedziemy.
Mimo mojej awersji do wczesnego wstawania optowałam za
drugim rozwiązaniem. Również pierwsze nie było złe z punktu widzenia pasażera,
który w każdej chwili może się zdrzemnąć. Gorzej z kierowcą. Jednak Vi (kierowca) wybrał opcję
trzecią (ku mojemu niezadowoleniu), która wydawała mi się najsłabsza. Takie pół
na pół – niby trochę pośpimy, ale tak naprawdę to nie. Zresztą sądziłam, że to przesada, że to całe zamieszanie jest niepotrzebne… No bo co? Wstaniemy
i wyruszmy… Niechby nawet o 6… O tej porze drogi są puste. Dojedziemy nie w 6,
a w 5 godzin. A ja wolałabym się wyspać.
O w jakim byłam błędzie!
Wyobraźcie sobie mój szok, kiedy ok. 4:30 wjechaliśmy na
autostradę, a tam… Tłumy. Tłumy tłumy tłumy! Ciemno, środek nocy i tysiące
świateł samochodów... Wszędzie… Na wszystkich pasach tłok. Samochód za
samochodem… Jak robotnicy idący do fabryki. (Takie skojarzenie kinematograficzne totalnej ignorantki w tej dziedzinie.) Nie było przestrzeni na najmniejszy
ruch – ani na przyspieszenie, ani na zwolnienie. O wyprzedzaniu nie wspomnę.
Tłok był też w zatoczkach. W każdej stały samochody – od
trzech do pięciu – z drzemiącymi w środku ludźmi. Tak to działa. Wyruszamy w
nocy albo bardzo wcześnie rano, a jak kierowca się zmęczy, to zjeżdża w
zatoczkę i śpi… Tyle, że nie kierowca, a kierowcy – w liczbie mnogiej przy
takim natężeniu ruchu. Bardzo bardzo wielu kierowców. Nie widziałam ani jednej
pustej zatoczki.
Ale największym hitem były kolejki przed wjazdem na stację
benzynową. Kojarzycie pas dla skręcających na stację? To właśnie tam tworzyła
się kolejka do wjazdu. W jednej z nich staliśmy 5 minut.
A na samych stacjach
istne szaleństwo. Tam toczyło się życie… Jak w Galerii Mokotów przed świętami
Bożego Narodzenia! Tłuuuuumy ludzi… Roześmianych, witających się i
(standardowo) wrzeszczących. Rodziny i grupy znajomych. Rodzice z dziećmi.
Spacerowicze z pieskami. (Włosi mają wyjątkowe podejście do psów – w deszczowe
dni zabierają je ze sobą do galerii handlowych.) Ogromne kolejki do kasy…
Większość z nich zatrzymywała się w celu wypicia espresso.
My też odstaliśmy w
kolejkach łącznie ze 40 minut. Zgodnie z matematyką włoską: 1 postój = 1
espresso. (Per capita oczywiście.)
Jeżeli już mowa o naszych statystykach podróżniczych, to też
zaliczyliśmy drzemkę na parkingu stacji benzynowej. A co my gorsi? Umiemy
przecież jeździć po autostradach włoskich. To znaczy ja się wciąż uczę, ale Vi jest rodowity. I to z południa!
Do Neapolu dotarliśmy w okolicach godziny 14 (!).
Koniec historii.
Kilka słów wytłumaczenia: to nie tak, że włoskie drogi są
wąskie, źle zorganizowane albo jest ich zbyt mało. I to nie tak, że Włosi
tłumnie podróżują o poranku w szczególności w weekendy. To po prostu tak, że
Włosi jeżdżą na wakacje w sierpniu: wszyscy, zawsze, co roku i tylko w
sierpniu. Zaczynają sezon wyjazdowy w pierwszy weekend sierpnia i kończą go w
ostatni. Zatem w cztery tygodnie sierpnia wyruszają cztery turnusy i jadą
wszyscy naraz – jedni z północy na południe, a drudzy z południa na północ.
I właśnie wtedy drogi włoskie stają się jednym wielkim
korkiem.
Drugim moim zapadającym w pamięć przeżyciem była podróż z Rimini do Turynu na ślub kolegi Vi. W
normalnych warunkach – 4 godziny jazdy.
Wyjechaliśmy o 9, ślub zaczynał się o 15:30, mieliśmy ponad 2 godziny
zapasu.
Już po pierwszych 40 minutach podróży pojawił się komunikat,
że przed nami utrudnienia na drodze - 35km. Głównie staliśmy, ale od
czasu do czasu przemieszczaliśmy się do przodu… Pomału, ale jednak.
10 km utrudnień później pojawił się kolejny komunikat: utrudnienia
przez następnych 45 km.
A po kolejnych 10km, utrudnia do pokonania przed nami wciąż
rozciągały się na 45km.
I tak dalej...
W rezultacie dojechaliśmy w samą porę na złożenie życzeń przed kościołem,
na ślubie nie byliśmy. Szkoda, bo ksiądz podobno pięknie mówił o łapaniu
ptaszka w dłoń. (Ksiądz - poeta, ten ptaszek był metaforą miłości, ma się
rozumieć.)
Tak to jakoś jest z tymi włoskimi autostradami... Normalne warunki nie są mi dane. Ale chociaż podróże wydłużają się dwukrotnie, to sam fakt uświadomienia sobie istnienia zjawisk takich jak: kolejki do wjazdu na stację benzynową lub grupowe spanie w zatoczkach, wynagradza te dodatkowe godziny spędzone w samochodzie. W dobrym towarzystwie zresztą.
Tak to jakoś jest z tymi włoskimi autostradami... Normalne warunki nie są mi dane. Ale chociaż podróże wydłużają się dwukrotnie, to sam fakt uświadomienia sobie istnienia zjawisk takich jak: kolejki do wjazdu na stację benzynową lub grupowe spanie w zatoczkach, wynagradza te dodatkowe godziny spędzone w samochodzie. W dobrym towarzystwie zresztą.
*Czarne coś w rzeczywistości nazywa się bollino nero.
Kiedy o tym pisałam przypomniała mi się cudna scena z filmu „Benvenuti
al sud”. Film jest komedią, więc oczywiście trochę podkolorowuje zjawisko, ale... Tylko trochę. Zerknijcie pomiędzy 37 a 40 sekundą.
A sam film też warto obejrzeć. Opowiada o nieszczęściu,
które spotkało pewnego mężczyznę z północy – został przeniesiony na południe.
Majstersztyk. Poleciłaby sama Żanetka Leta (gdyby znała).

Komentarze
Prześlij komentarz