Historia mrożąca krew w żyłach i łzy w oczach

Pewnego pięknego zimowego dnia obudziłam się wcześnie... Już na tym etapie wpisu ci, znający mnie oraz moje zwyczaje choć odrobinę, przeczuć powinni, że coś się święci. "Hola, od kiedy to panna Ola Em budzi się wcześnie?", wyobrażam sobie, że niektórym - słusznie - zapaliła się czerwona lampka. Moi rodzice z pewnością pokładają się ze śmiechu. Tym z inklinacjami detektywistycznymi, z kolei, pojawiła się nad głową biała chmurka jak u Pomysłowego Dobromira, a w niej kolorowe elementy symbolizujące proces myślowy. Przegrzany mózg procesuje, procesuje niemalże bez końca, aż wreszcie chmurka znika na rzecz zapalonej żaróweczki: "ach tak, znam ja ci tę historię!".



A było to tak:

Panna Em obudziła się, czując chłód. Uchylając tylko jedno - lepiej widzące, czyli lewe (wada 2.0) - oko niezbędne do przeprowadzenia kontroli otoczenia, sprawdziła, czy na pewno jest przykryta kołdrą (była), czy nie zsunął się koc numer 1 (nie), potwierdziła odpowiednie ułożenie koca numer 2 (odpowiednie) i upewniła się, że okna są pozamykane (były). Pospiesznie, acz sennie przeprowadzona rewizja lokalna wypadła pozytywnie (uf) i panna Em uznała, że może spokojnie kontynuować kolorowe sny. Zakmnęła oczy, lecz miast snów kolorowych przyszły koszmary o dreszczach. Panna Em w półśnie naciągneła na swą grubą zimową pidżamkę drugą - polarową w serduszka i wróciła do łóżka, wierząc że koszmary dreszczowe ustaną.

Naiwna dziewoja zapadła w sen, lecz nie był ci to sen głęboki. Wystarczający jedynie, żeby wyśnić narzeczonego grzejącego się suszarką w ramach przygotowań do pracy. Śniła sny w kolorze białym, dotąd aż nazbyt długie użytkowanie suszarki przez księcia z włoskiej bajki nie wyprowadziło jej z równowagi. Wtedy to Panna Em przełamała swą niechęć do podniesienia się z łóżka ze względu na wczesną porę i niską temperaturę i kląc w myślach zimną ("jest zimniejsza niż zwykle" - pomyślała) podłogę wyłożoną kaflami, wpadła do łazienki i wypadła z niej niczym piorun kulisty, nieznoszącym sprzeciwu porannym wrzaskiem i wykrzywieniem twarzy nakazawszy uprzednio, aby fidanzato natychmiast zaprzestał użytkowania suszarki pod groźbą ukrycia jej w otchłaniach nicości na czas bliżej nieokreślony. Przerażony narzeczony posłuchał i udał się do pracy. Nawiedzona narzeczona wróciła do łóżka.

Na dworze panowała zima, a w domu... W domu właściwie też. Wszechogarniające przeszywające straszliwe zimno opanowało cały świat, a w każdym razie sypialnię panny Em. Z tego zimna trzęsła się ona, trzęsło się łóżko, trzęsła się szafa... Dlatego sen, w który zapadła panna Em po wyjściu fidanzato nie mógł trwać długo i tym razem nie miało to nic wspólnego z hałaśliwym użytkownikiem suszarki w godzinach porannych. Panna Em coraz głośniej szczękała zębami i kierowana obawą o swoje zęby, które przecież lubiła (prawie dwa lata noszenia aparatu ortodontycznego), postanowiła poszukać bardziej efektywnego sposobu ogrzania się w salonie bądź w łazience.

I choć sypialnię od salonu dzieli zaledwie kilanaście kroków, a łóżko i łazienkę jeszcze mniej, droga od postanowienia do realizacji okazała się być niemalże nie do przebycia. Panna Em targana coraz silniejszymi dreszczami, wydzwaniając zębami kolejne godziny wraz z dzwonami kościelnymi, wegetowała w łóżku, przeczekując dreszcze pod trzema warstami nakryć. Lecz sytuacja nie ulegała zmianie.

Przyszedł wreszcie czas na męską decyzję. "Twardym trzeba być, nie miętkim" - pomyślała dzielna dziewoja i postanowiła pokonać własne słabści. W głowie jej powstał narodził się plan niemal doskonały: wstać, włączyć farelka, zaparzyć gorącej herbaty, zamienić się w jedną wielką zmarszczkę po gorącym prysznicu... Nie poddawać się, jakoś uda się stawić czoła okrutnej pani zimie.

Wstała więc i spojrzała na termometr. Zewnętrzny wskazywał 0 stopni, wewnętrzny o 15 stopni więcej. "Kurza twarz!" - wykrzyknęła Panna Em, a potem przez liczbę minut równą wysokości temperatury panującej w jej ciepłym przytulnym mieszkanku z zimną mało przytulną kafelkową podłogą, zbierała z tejże [podłogi] szczękę, która opadła jej z wrażenia lub też wypadła w wyniku szczękania zebąmi. "O kurza kurza twarz!" - powtarzała dziewka przyzwyczajona do przeprowadzania regularnych konwersacji z samą sobą i z milczącym kotem. "Nic dziwnego, że trzęsłam się z zimna! Nawet kaloryfer by się trząsł" - zaśmiała się z własnego dowcipu. Szybko jednak zrzedła jej mina, kiedy okazało się, że kaloryfer rzeczywiście nie podołał.

Zgodnie z własnym postanowieniem, Panna Em zaczęła wprowadzać w życie program dnia. Nim na dobre się rozkręciła, zmuszona była skończyć. Farelek nie zadziałał, bo nie było prądu; herbaty nie wypiła, bo nie było prądu (czajnik) ani gazu (kuchenka); ciepłego prysznica nie wzięła, bo nie było ciepłej wody. Zrezygnowała też ze śniadania, bo wszystko co oferowała lodówka w takich warunkach zdawało się być jeszcze zimniejsze niż było w rzeczywistości. Łzy pojawiły się w oczach panny Em, lecz zamarzły nim zdążyły popłynąć po zarumienionych z zimna policzkach. Ulgę przynosiła jedna tylko myśl: "nikt mnie takiej (do wyboru wedle uznania czytelnika: zziębniętej / wkur...niezadowolonej / nieumytej / głodnej) nie zobaczy, bo przecież i tak wszystko pozamykane.

***

Prąd naprawiono jeszcze tego samego dnia. Podobnie gaz. Na ciepłą wodę czekaliśmy do dnia następnego. Szybko okazało się, że kaloryfery z natury nie są stworzone do ogrzewania pomieszczenia, w którym temperatura nie przekracza 15 stopni, zatem z taką temperaturą w mieszkaniu przyszło nam przeżyć całą zimę (Chwała Bogu, że ta jest krótka.), a i prąd zimą wypierdziela się regularnie... Dokładnie codziennie. Ciepła woda to kwestia dobrego losu, który wstaje lewą, a czasem prawą nogą - zupełnie jak Panna Em.

Ta opracowała rutynowe działania, które pozwalały na podniesienie temperatury o (uwaga!) nawet 2,5 stopnia (wow!). Po wstaniu z łóżka zagrzewała na gazie cztery pełne garnki wody i rozstawiała je w strategicznych punktach salonu. Wstawiała też wodę w czajniku, parzyła sobie herbatę, a później otwarty czajnik wystawiała na środek salonu. W międzyczasie rozkręcała gorącą wodę pod prysznicem, włączała suszarkę i farelka. Bardzo ważne było to, żeby w momencie nagrzewania łazienki czajnik był już odłączony od prądu. Co dwa urządzenia, to nie trzy. Jak wiemy trzy to już tłok - małe przeoczenie i bum!, prąd wysiadał na ładnych parę godzin.

Życie za dnia przenosiło się do salonu, co oznaczało bezwzględnie zamknięte drzwi do sypialni i łazienki, dlatego proces nagrzewania łazienki był procesem całkowicie odrębnym od nagrzewania salonu. Po gorącym prysznicu Panna Em wraz ze swoimi przyjaciółmi: farelkiem i suszarką przenosili się na czas jakiś do salonu i tam pracowali nad ogrzaniem atmosfery.

Panna Em za swą ciężką pracę nad utrzymaniem płomienia ogniska domowego zwolniona została z udziału w płaceniu rachunków. Te bez mrugnięcia okiem pokrył fidanzato wdzięczny za to, że dane mu było wracać do mieszkania, w którym temperatura nie wynosiła 15 (jak zawodziła w słuchawkę fidanzata w godzinach porannych), lecz 17 - a przy odrobinie szczęścia i zaokrągleniu w górę - nawet 18 stopni i że to nie jemu spędzać przyszło godziny nad garnkami z wrzątkiem.


PS O zimie za oknem pisałam już tutaj: KLIK.

Komentarze