Hu hu ha, zima była bardzo zła


Hu hu ha hu hu ha
Nasza zima zła!
My się zimy nie boimy…
A nie wróć… Boimy się.



Za oknem słońce, upał, gorąco, temperatura, która z ulgą pozwala mi wrócić do dni, w których pragnęłam tego gorąca i słońca. Z dystansem, a nawet uśmiechem zerkam parę miesięcy wstecz.

O nie, wbrew pozorom nie zmierzam ku: „wiele bym dała, by wrócić do tamtych lutowych dni”. Dopiero ze słońcem przyszedł dystans, który pozwala mi z chłodem opowiedzieć wam o zimie. To historia o prawdziwej, strasznej… Straszliwej włoskiej zimie. Ma wielkie białe oczy, którymi mrozi wszystko, co nasunie się jej w pole widzenia. Zasypuje świat białym śniegiem, jak gdyby zalewało go zamarzniętymi łzami, a w białym świecie ciężkie jest życie. To świat, w którym autobusy nie jeżdżą, autostrady zostają zamknięte.

Co tam autostrady! Ludzie nie mogą iść do pracy, zima rzuca śnieg prosto pod nogi. Zapobiegawczo, ażeby nie było ofiar poślizgnięć, nadaje się oficjalne komunikaty: „Drogie koleżanki i koledzy, jutro przyjdzie zamieć śnieżna. Uczelnia / urząd / miejsce pracy / szkoła / przedszkole (niepotrzebne skreślić) zostają zamknięte. Nie przychodźcie! Zostańcie w domach. Naprawdę zostańcie w domach! Nie wychodźcie na zewnątrz! Przez te straszne dwa dni zróbmy wszystko, żeby pozostać przy życiu bez odmrożeń.”. I następnego dnia to samo. I kolejnego. A potem już tylko: „Drodzy! Bez zmian! Kraj nieczynny od odwołania! Nie dajcie się zimie!”.

Takaż to zamieć niedająca żyć przyszła do nas z początkiem lutego. Stopni było -2, a powłoka śnieżna, która uroczo – acz zdradliwie – przyozdobiła ziemię miała jakieś 10 centymetrów. W takich warunkach nie dało się żyć i miejsce miało wszystko, co już powyżej opisałam. Sic, sic, sic!

Wyśmiałam szczerze i radośnie fidanzato mojego jedynego, który już na dwa dni przed wisiał na telefonie ze wszystkimi członkami rodziny w kolejności alfabetycznej. Wszyscy się martwili, nie bez powodu – taka burza śnieżna (nazwa zjawiska atmosferycznego zaczerpnięta prosto z maila od dziekana obwieszczającego, że zajęć niet przez następny tydzień) to nie lada zmartwienie.

Wyśmiałam go jeszcze weselej i tym bardziej szczerze, kiedy przedstawił mi plan strategiczny – pakt, który zawiązał z kolegami pracy: albo do pracy nie idzie nikt, albo wszyscy. A że wszyscy na pewno nie, to padło na to, że nikt. Jakby to wyglądało, gdyby lokalni mieszkający 3 (żeby nawet!) kilometry od firmy nie pojawili się o 9 minut 3, a ci dojeżdżający (mój Romeo) przybyli na czas. [Odpowiadam: słabiutko, wbrew pozorom na niekorzyść tych, którzy jednak rzucili wyzwanie zimie.]  

Zamknięto uczelnie, zamknięto szkoły, zamknięto sklepy… Czego nie zamknięto?!
Punktu dorabiania kluczy.

„Punktu dorabiania kluczy?” – zapytacie. „O tak.” – odpowiem. Włosi, furbi, spryciarze po prostu – tacy już się rodzą. Biznes musi się kręcić. A kiedy, jeśli nie wtedy właśnie, gdy klucze łamią się przy naiwnych próbach otworzenia bramy. Naiwne próby dotyczą, co prawda, tylko nieprzystosowanych do straszliwej zimy. Porządny mieszkaniec Włoch nauczony doświadczeniem wie, że jedynym skutkiem otwierania bramy w niesprzyjających warunkach pogodowych jest pozostanie jak zwykły głupek z pękiem kluczy w dłoni, ale bez klucza (nomen omen) kluczowego.

Grupa naiwnych głupków jest na nasze szczęście wystarczająco duża, ażeby jednak właśnie tego typu lokale pozostały jednymi z niewielu nietkniętych skutkami przeczekiwania (powiedzmy) mroźnej pogody.

Również do urzędu dotarli niektórzy jego pracownicy. I my (tylko my) w roli interesariuszy. Idąc spacerem ku urzędowi byliśmy jedynymi osobami, które nie zdecydowały się przywdziać stroju wojennego: spodni, rękawic i kurtek narciarskich. Zabrakło tylko kasków, żeby spacerowicze byli w pewnej gotowości do szusowania po stokach. Dzieci zostały w domach, a nieliczni dorośli, którzy zdecydowali się opuścić swoje bezpieczne (jeszcze) w miarę ciepłe schrony, a to ślizgali się na butach, a to poddawali próbie zakurzone saneczki, a to toczyli śnieżne bitwy. 

Ze zdziwieniem przyglądaliśmy się tej zimie… – nie, nie zimie, a mieszkańcom regionu Emilia Romagna, próbującym stawić jej czoła – ja i koledzy ze studiów. A w każdym razie część kolegów – ci niepochodzący z Włoch, i ci z regionów, którym zima niestraszna. Całkiem było zabawnie. Do momentu, w którym temperatura na termometrach przestała przekraczać 18 stopni. Kiedy spadła poniżej 15, zaczęło mi się zbierać na płacz.

To był termometr pokazujący temperaturę w domu.

C.d.n.

Komentarze