Przemarsz wojsk niepożądanych


Nic na to nie wskazywało. Nie było żadnych sygnałów, niczego, co mogłoby nas ostrzec. Najazdu dokonano zupełnie znienacka i nieoczekiwanie. A wrogów było w ch… Bardzo wielu.



Wszystko wydarzyło się szybko. Wrzask podniosła Figa, choć w zupełnie innej sprawie. „Głodna! Jestem taka głodna!” – krzyczała swoim zwyczajem w okolicach południa.
Na dworze było gorąco, dzień jak co dzień. Kiedy podeszłam do Figowych miseczek z zamiarem ich napełnienia, moim oczom ukazał się obraz straszliwy. Wrogowie byli wszędzie – w miseczkach, pod miseczkami, kręcili się dookoła, badając teren, szykując się (jestem tego pewna!) na coś znacznie większego. Na podbój!

Z racji małych rozmiarów (wroga, nie moich) nie jestem w stanie określić, czy przyszli uzbrojeni, czy akcja miała na celu rozeznanie się w sytuacji. Jestem jednak przekonana, że ich zamiary były podłe: rozbój w biały dzień i wprowadzenie chaosu w szeregach domowników (na tym polu odnieśli wielki sukces). Daję słowo, że słyszałam chóralnie odśpiewywane pieśni zdradzające plany wroga: „tu na razie jest mięsisko, my stworzymy tu mrowisko! A tu gdzie śpi to kocisko, jest nasz nowy dom!”.

Nie myśląc wiele poszłam w ślady Figi. (Moje) wrzaski niosły się ku niebiosom. Anioł Stróż chichotał szaleńczo i pukał się w czoło. Vi zareagował jak zwykle – ze stoickim spokojem. Nie był zdziwiony: „to normalne przy wysokich temperaturach.” Włochy… Cóż za urokliwe miejsce wybrałam sobie na życie.

Był i ciąg dalszy: „to zdarzyło się wiele razy w kuchni mojej mamy”.  Nadstawiłam ucha. Te słowa były więcej niż budujące. Moja teściowa to kobieta sprzątająca. Może się walić, może się palić… Ba, Wezuwiusz może buchnąć gorącą lawą, nic nie stanie jej na drodze do sprzątania.

Kiedy mamma Vi zapowiada się z odwiedzinami, sprzątamy dwa razy dokładniej niż przed przyjazdem każdego innego gościa. Noc przed wizytą dręczą mnie koszmary – główną rolę odgrywają w nich: wzbijający się ku niebu kurz i plamy na podłodze, które pojawiają się wraz z zawitaniem w nasze progi mammy Vi. Wyrastają jak grzyby po deszczu wprost pod jej stopami. To co niewidoczne, kłuje w oczy... Rozpoczyna się istny One Woman Show by My Teściowa. Budzę się, w myślach zadając sobie pytanie: „czy jest wystarczająco posprzątane, żeby mamma Vi mogła posprzątać?”. Wstydu nie ma. Wiem, bo sprząta za każdym razem.

Zatem, jeżeli wrogowie dokonali ataku również na kuchnię perfekcyjnej pani domu (szanuję za odwagę), to znaczy, że zdarzyć się może naprawdę każdemu. Jest szansa, że jeszcze nie jest tak źle, jeszcze nie zarastamy brudem. Uf.


Wróg był wszędzie. Podążyliśmy szlakiem przemarszu. Co ciekawe rozpoczynał się nie na tarasie (bliżej kuchni, skąd poniekąd spodziewałam się ataku), a na balkonie. Armia przemaszerowała niezauważona przez nas (i całkowicie zignorowana przez Figę) przez niemalże całe mieszkanie wzdłuż ścian, kolejno: za szafą, za kuwetą, pod drzwiami, aż do miseczek. Tu wojska stacjonowały, odtańcowując tańce bojowe. Tu później poległa znaczna część nieproszonych gości.

Stoczyliśmy nierówną walkę… Każdy we własnym stylu. Fidanzato złapał odkurzacz i z wrodzonym stoickim spokojem zabrał się za niespieszne odkurzanie. Przejąwszy (wyrwawszy?) odkurzacz, wzięłam sprawy w swoje ręce. Odkurzacz wciągał nieustraszonych bojowników, którzy rozpoczęli wycofywanie się. Dla nich było już jednak zbyt późno. 
Ja biegałam z rurą w tę i z powrotem, w panice potykając się o kabel. Romeo, próbując oszczędzić mi obić i siniaków, usuwał spod moich nóg zbędne przedmioty… Na przykład krzesła i stół.
Natomiast Fidze setki mrówek maszerujących wprost do jej jedzenia, o dziwo, nie przeszkadzały, co innego odkurzacz. W momencie, w którym pojawił się w zasięgu Figowego wzroku, rozpoczęła się jej własna walka o przetrwanie.

Następnie w ruch poszedł mop. Vi władał nim sprawnie niczym średniowieczny rycerz mieczem. Tak oto wygraliśmy tę bitwę. W tej chwili nic się nie dzieje, jest spokojnie. Typowa cisza przed burzą. Tylko raz na jakiś czas pojawia się pojedynczy żołnierz wysłany na zwiady. Póki czatuję ja, żaden nie wróci żywy do bazy. Wygramy tę wojnę!


Jest jeszcze jeden rodzaj intruza, który martwi mnie nawet bardziej niż już obecne w naszym życiu mrówki… Gad z łuskami, ogonem i wielkimi oczami. Podpowiadam, że – wbrew pozorom – wcale nie mam na myśli smoka.

Tak, tak, chodzi o jaszczurki. A fe! Wraz ze słoneczkiem pojawiła ich się cała plaga. Lubię je obserwować, ale wyłącznie z dala od mojego domu. Za spotkanie pierwszego stopnia serdecznie dziękuję. Nie mamy sobie do powiedzenia kompletnie nic.

Jeżeli chodzi o możliwości jaszczurek, miałam wątpliwą przyjemność poznania ich w Neapolu. Krótko mówiąc, lubią siedzieć sobie na sufitach klatek schodowych, gdzieś w pobliżu okna i obserwować, obserwować, obserwować. Wyjątkowym zamiłowaniem darzą też ludzkie łazienki…

Tej walki nie podejmę… Nawet bitwa na wzrok nie wchodzi w rachubę. Kto wie: lata to to? Skacze? Syczy? Pytania te rzucam w przestrzeń kosmiczną, mają charakter czysto retoryczny, a ja nie zamierzam sprawdzać. Czmychnę na czas – nie jak te mrówki, co to było dla nich za późno. Figę zabiorę ze sobą. A smok? Niech sieje spustoszenie. Jak wszedł, to i wyjdzie.
Chyba…

***

Jak mówi pewna polska mądrość ludowa: jak nie urok, to sraczka. 
Włoski odpowiednik brzmiałby mniej więcej tak: jak nie grzyb na suficie, to mrówki w kuchni.

Przynajmniej nie jest nudno.

Komentarze