Grzybobranie



Podobno w Polsce grzybki już wyszły z lasu…. U nas w sumie też już wyszły… Właściwie to wyszedł… Grzyb (w liczbie pojedynczej) z naszej sypialni. (Ale najpierw wyszedł na jej ścianach i suficie.) 

W wyjściu pomógł mu pan robotnik, który niemalże zamieszkał u nas na ostatnie trzy dni. Sypialnia zresztą przestała pełnić swoją funkcję dobre dwa tygodnie temu. Nie chcieliśmy dzielić jej z grzybem, grzyb natomiast nic przeciw nam nie miał i w ten oto sposób zostaliśmy zmuszeni do wyniesienia się z naszego wygodnego ciepłego łóżeczka.... Łóżko ostatecznie też zostało wyeksmitowane – na taras. Niedługo potem szafa wyjechała na środek sypialni, a rzeczy z szafy na środek tzw. living roomu.

Living room rzeczywiście stał się prawdziwym living roomem, bo skupiło się w nim całe nasze życie. Kanapa przejęła funkcję łóżka, a ponieważ w środku jest już schowana zapasowa pościel, pełni tę funkcję niezmiennie przez całe dnie. 
Wolna przestrzeń na podłodze przy pomocy walizek (w liczbie 5) zastąpiła szafę. Zrobił się w związku z tym jeden wielkim bałagan (mówiąc delikatnie)...
Nie da się dostać do telewizora ani szafki z narzędziami, drogę tarasują walizki ze startami ubrań... Problem stanowi też szafka z książkami – jej otworzenie wymaga pewnego wysiłku i logistyki, gdyż w sposób dekoracyjny, umożliwiający podziwianie jej w całej okazałości, zawiesiłam tam moją biżuterię, a ta kołysze się i spada przy każdej próbie otworzenia drzwiczek. W związku z tym, moje podręczniki tymczasowo zamieszkały pod ławą, gdzie już wcześniej mieszkały inne książki i teraz wszystko się sypie… Ten zabieg miał zmniejszyć częstotliwość otwierania szafki, która ostatecznie i tak pozostaje otwarta przez większość czasu, bo oprócz książek trzymamy tam między innymi ładowarki, a na nie miejsca pod ławą już nie ma. 
I w ogóle nigdzie nie ma już na nic miejsca.

Wieszak z kurtkami normalnie stojący w korytarzyku pomiędzy pokojami, stoi teraz (też całkiem normalnie) tuż przy drzwiach, a zarazem przy kuchni. Jak się człowiek zapomni i szeroko otworzy drzwi wejściowe, to się przewraca – wieszak, nie człowiek. To przypadek Vi, ja tego nie robię, zahaczam za to o ten stojak za każdym razem, kiedy robię napad na lodówkę.

Na wysokim krześle przy wysepce w kuchni stoi miska z wypranymi ubraniami. Jego rozlokowanie w tymczasowej szafie (czytaj: walizkach) nie ma większego sensu, więc sobie tak stoi i czeka na lepsze czasy. A po lewej od drzwi, tuż za szafką z butami oryginalną dekorację stanowią kocie zakupy, na czele z kuwetą i posłaniem do spania. 

Kanapa numer dwa stanowi składzik ogólny: koce, poduszki z kanapy numer 1, ale też mój plecak (a nawet dwa: jeden na zajęcia, na które biorę komputer, a drugi na te bez komputera), notatki do egzaminu – bo pod ławą notorycznie giną, ciepłe skarpety do spania i dużo innych niepowiązanych ze sobą przedmiotów.


Grzyb podobno wyszedł (w, nie z sypialni) ze względu na wilgoć, która pojawiła się po tym jak na jedną noc wzięliśmy pranie do mieszkania. Trudno było temu zapobiec, bo wiało i padało jak nie wiem co. Opcją alternatywną było pogodzenie się z faktem, że nasze ubrania odlecą razem z suszarką. No to mamy grzyba.

To podobno dosyć powszechne w Rimini. Wspomnienie w rozmowie o grzybie w mieszkaniu na nikim nie wywiera wrażenia. Wszyscy wyciągają z rękawa historię o ich własnym grzybie w ich własnej sypialni / łazience / kuchni.

Panowie robotnicy (na początku było ich dwóch) też nie byli zdziwieni tym, co zastali na naszych ścianach i suficie. I tylko uparcie każdego dnia udzielają nam szczegółowych instrukcji (poziom ich wiedzy w zakresie grzybów i wilgoci jest niesamowity), podstawowych zasad obowiązujących zamieszkujących Rimini: codziennie rano otwieramy okno na pół godziny – nawet jeżeli jest bardzo zimno, a pranie suszymy na zewnątrz – nawet jeżeli miałoby odlecieć. Najlepiej też brać prysznic przy otwartym oknie (mhm, oczywiście), bo jest wilgotno i sorry, taki mamy klimat.


Na szczęście pan robotnik wyniósł się już, razem z grzybem. Teraz z naszą pomocą pomału wynosi się też bałagan. No i cóż... Będziemy musieli przyzwyczaić się do otwartych okien (brrr), latającego prania i widma powracającego grzyba, a razem z nim - ogólnego chaosu. 
W Polsce grzybki na jesieni, a w Rimini cały rok.

Komentarze