Organizmy żywe na trzecim piętrze

Wróciliśmy do codzienności... Równa się: do naszego mieszkanka.


W drodze powrotnej z podróży poślubnej zrobiliśmy burzę mózgów.
Mieliśmy już grzyby we wszystkich możliwych miejscach, skończyły się pomieszczenia, a w niektórych zaliczyliśmy nawet powtórkę z powtórki z rozrywki. Następne były mrówki. Weszły... Przepraszam, wdarły się bezprawnie rok temu na teren naszego życia. Maszerowały sobie w tę i z powrotem, jak gdyby nigdy nic wynosząc z naszego gniazdka ziarnko po ziarnku majątek - cukier, miód, itp. Obstawiliśmy zgodnie. W zeszłe wakacje nie przeszkadzało im nawet towarzystwo nasze ani naszej kici. Jak się później okazało - również jej nie przeszkadzało towarzystwo intruzów, poświęciła kilka chwil na obserwację, ale na tym jej interwencja się zakończyła. Gorzej z nami. Nic ich nie powstrzymało, a konkretniej - nie powstrzymaliśmy ich my. A teraz, kiedy nas nie ma? Gospodarze nieobecni, obserwator nieobecny... Hulaj duszo, piekła nie ma.

Później były osy lub pszczoły - do tej pory nie zidentyfikowałam nieproszonych gości, zatem roboczo nazwałam je pszczosami. Pojawiły się, gdy przy otwartym oknie myłam łazienkę. Najpierw wleciała jedna. Zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Nic mnie nie zaalarmowało - zdarza się jedna pszczosa, co nie? Zabzyczało mi w uszach - upał? Zmęczenie? Nie - to pszczosa wróciła (a może to już była inna? Bez urazy, koleżanki, takie jesteście do siebie podobne... Chyba zagrał ten sam chirurg.) z koleżanką lub koleżankiem, a za nimi jeszcze jedna (jeden?) i następna (następny?). Uciekłam. Prosto do sklepu z chemikaliami. Jedna pszczosa jest niepożądana, ale osiem?
Teraz nastąpi monolog, który towarzyszył mi w trakcie wycieczki do sklepu:
Mój Boże, a jeżeli mam alergię? Na pewno mam alergię! Osiem pszczós, a ja mam alergię! Nie wiem na co mam alergię, ale mam ją na pewno!!! Użrę mnie takie i umrę... Na pewno umrę... A jestem taka młoda... Wszystko przede mną - studiów nie skończyłam, ślub za pasem... Żeby chociaż dożyć do ślubu... To taka smutna historia... Chyba nawet już umieram... Stopa mnie swędzi... Nie, nie umierasz, to komar... Wczoraj cię użarł i przestań się nad sobą uża... A jeżeli to była jedna z nich!? Zakamuflowana jedna z nich!!!?? Mój Boże, umieram, umieram, umieram!  
Jak już wiecie, ten komar to wcale nie była zakamuflowana pszczosa. Amen. Tfu.
No więc spędziłam popołudnie na strzelaniu do pszczós trucizną na osy z odległości około 3 metrów, ze szpary o szerokości niezbędnej, żeby zmieścić rozpylacz... Na tyle starczyło mi odwagi. Polała się trucizna, nie polała się krew. Podłogę ozdobiły żółto-czarne trupki. Łazienka była do powtórnego mycia.

Następna była jaszczurka, która zadomowiła się na naszym tarasie. Roztoczyłam przed wami już kiedyś wizję jaszczurki w mieszkaniu. Otóż ta przychodząca na taras wywarła na mnie wrażenie zgodnie z oczekiwaniami. Wielkie. Zobaczyłam smoka.
Kilka godzin po pierwszej wizycie, w moich snach na stałe zagościła (a jakże mogłoby być inaczej) jaszczurka mieszkająca w mojej sypialni rzucająca się na mnie z sufitu. To na pewno miało związek z tym, że jedna z koleżanek ze studiów śmiała się, iż nasza nowa tarasowa kumpela przyszła prosto z jej... Sypialni właśnie, w której wcześniej zatrzymała się na calutki tydzień. Nie wiem i nie chcę wiedzieć jakie dystanse pokonują jaszczurki. Ta na pewno przyszła w pokojowych zamiarach. POKOJOWYCH, czaicie? Przychodziła codziennie wieczorem, kiedy Vi już zwinął się do środka i codziennie zbliżała się o kilka centymetrów w kierunku drzwi tarasowych. Cwaniara.
Dla mnie, kobiety z północy, wakacyjne temperatury są zbyt wysokie, żeby żyć, a co dopiero spać. W nocy, przy lekkim wiaterku zawiewającym przy okazji morskie zapaszki prosto z portu (niewątpliwie jest tam mnóstwo kutrów rybackich), dało się przetrwać - choć może oddychać już niekoniecznie. Ale wtedy - bam. Pojawiła się ona. Na suficie, z boku bloku... A jak mi wejdzie bocznym oknem? Tam nie ma moskitiery! W łazience - jest. Zamontowana co prawda na potrzeby uniknięcia kolejnych wizyt pszczós i innych insektów... Wniosek nasuwa się sam: jaszczurka to też robak. Tak czy siak, pannica obserwowała wnikliwie i uczyła się naszych (moich) zwyczajów wieczorową porą, aż w końcu... To ja nauczyłam się jej. Ha!, ależ ją przechytrzyłam! Koniec z harcami! Koniec z wieczornym przesiadywaniem na huśtawce! Koniec z oddychaniem relatywnie świeżym powietrzem! Zanim temperatura opadła, zanim wiatr przywiał morskie powietrze, zasuwałam z hukiem rolety w całym mieszkaniu i spędzałam wieczory, kisząc się wewnątrz, a tam gad nie miał wstępu! Ale ją załatwiłam! (Siebie przede wszystkim... Ale ją też.)
Parę dni później przestała się pojawiać. Albo rozczarował ją brak towarzystwa, albo zrozumiała, że nie wedrze się do naszego bezpiecznego kąta. Zwycięstwo, zostaliśmy sami.

Powróćmy do chwili powrotu z podróży ślubnej. Zakłady przyjęte. Czyli mrówki.
Wróciliśmy do domu ciemną nocą i ucieszyliśmy się nie na żarty, nie notując żadnych stworzeń (ani innych organizmów żywych) panoszących się po naszym mieszkanku.
O jaki zmęczony człowiek jest ślepy... A jaki naiwny. Między 3 (powrót do domu) a 7 (wyjście Vitto do pracy) może wydarzyć się wszystko... Nie wydarzyło się jednak nic. Vittorio o 7 pozostawał tak samo ślepy jak o 3. Co innego żona o 10:30, 7 godzin snu - tyle potrzeba człowiekowi do normalnego funkcjonowania. Potwierdzam, tyle starczyło na doznanie olśnienia.
Najpierw olśniły mnie mole wylatujące z szafek kuchennych i owoce ich miłości, czyt. jeszcze więcej moli w drodze (zaznaczam, że te pełzają). Następnie olśniła mnie rozciągająca się od balkonu aż do szafek kuchennych ścieżynka zdechłych mrówek. Zakład wygrany. Podwójnie. W totka nam się nie poszczęściło, ale wiecie co mówią? Kto nie ma szczęścia w totka, ten ma mrówki w domu. I mole. (Lepiej nie grajcie w totka, żeby i was nie olśniło.)
Trasa ta sama co rok temu - nie zapomniały.... Na szczęście nie zapomniał też Vittorio i nauczony doświadczeniem przytomnie rozstawił przed wyjazdem pułapki na mrówki. Chwała mu za to.

Tymczasem wczoraj wybraliśmy się na zakupy. Vittorio otworzył drzwi i jako dżentelmen wyszedł pierwszy, żeby w razie potrzeby ochronić panią swojego serca. Pani jego serca nie ma pewności, czy mini-zawał, którego doznała wynikł bardziej z okrzyku i nagłego skłonu połączonego z odskokiem w wydaniu dżentelmena (cwaniak jest cholernie zwinny i szybki), czy po prostu widoku ptaka buszującego po piętrze. Pani nie jest też w stanie do końca odtworzyć przebiegu wydarzeń, wie natomiast, że nie zdążyła odskoczyć ani krzyknąć (serce stanęło jej w gardle... czy coś takiego... w każdym razie uniemożliwiło to wydanie z siebie jakiegokolwiek dźwięku), co więcej nie zdążyła ona nawet zrozumieć, po co miałaby krzyczeć, ani jaki to ptak tak szybko lata. Ptak nie doznał szoku lub doznał, ale się nie ujawnił. Zamachał skrzydełkami, nie wplątał się we włosy i odleciał przez otwarte okno. Dżentelmen objaśnił damie swojego serca, że nie ptak to, a "nietoperz", do tej pory nie zidentyfikowano powodu, dla którego się tak jarzył (dżentelmen, nie nietoperz!)... Być może był dumny, że tak szybko odskoczył, a może miał okazję zachwycić się miną ukochanej, ta niewątpliwie należała do gamy min mało inteligentnych... Dama włożyła ogromny wysiłek w to, ażeby nie rozdziawić otworu gębowego i nie wydać z siebie opóźnionego okrzyku... Po pierwsze, bo to już nie miało sensu, jak to mówią - po ptakach; a po drugie, żeby jej nic do tegoż otworu nie wleciało.

Teraz dama codziennie wieczorem wygląda przez wizjerek, żeby sprawdzić, czy żadne żywe stworzenie nie wdarło się na klatkę schodową. Generalnie pała coraz mniejszą sympatią do różnego rodzaju zwierzątek tłumnie przybywających do jej bloku. Mimo że rozumie, że ten jest ładny - niemniej jednak obstaje przy swojej racji, iż zaludniony nie będzie już taki... Jej na ten przykład podoba się coraz mniej i mniej.
Autorka jest przekonana, że nie ujdzie uwadze czytelnika, iż paniką reaguje na prawie każde stworzenie. Otóż autorka chciałaby sprostować: potwierdza, iż coraz więcej stworzeń budzi jej niechęć, ale podkreśla, że to zależy od warunków. Kiedy odległość pomiędzy nią a żywym stworzeniem pozwala na bezpośrednie patrzenie sobie w oczy bez okularów, autorka rzeczywiście wpada w trudno wytłumaczalny popłoch, jednakowoż zdaje sobie sprawę z problemu i pracuje nad nim... Między innymi bardzo szczelnie zasuwa rolety, zamyka okna i montuje na nich moskitiery, a także nigdy (powtarzam nigdy!) nie zostawia otwartych drzwi.
PS Stworzenia, które nie są żywe, a mimo to możliwe jest patrzenie im w oczy budzą w autorce jedynie obrzydzenie (a już nie lęk), mowa tu przede wszystkim o krewetkach i rybach z oczami na talerzu, które autorka z jakiegoś powodu (głupoty chyba) zamawia regularnie.

I pozostaje pytanie, dlaczego kot szanownych państwa udaje, że nic nie widzi i zdaje się mieć wszystko głęboko w czterech literach?

Komentarze