Wyzwania ślubne: W tę i z powrotem.


Słowem wstępu.

Tyle się dzieje, że nie nadążam z opowiadaniem wam wszystkiego… Właściwie to na etapie zbierania i składania dokumentów w USC przytrafiło nam się tyle wpadek, że: a) moglibyśmy spokojnie obdzielić nimi trzy inne pary (albo i więcej), b) nie zamierzałam o nich nikomu opowiadać, żeby sobie nie dostarczać negatywnych emocji samym powtórnym przetwarzaniem. Z drugiej strony, ostatecznie - choć to bieg z przeszkodami - szczęśliwie dążymy ku mecie, a ja już ochłonęłam… Więc jednak opowiem. Historia – ostrzegam - jest pełna szczegółów, ale pominięcie czegokolwiek, całkowicie pozbawiłoby ją „uroku” (?). 

Tyle mogę o naszym ślubie opowiedzieć!... A przecież jeszcze pół roku! Dużo w tym przedsięwzięciu logistyki i bieganiny, a na dodatek niemalże na każdym kroku coś może pójść nie tak i nie mam tu na myśli klasycznych dylematów panny młodej. Ślub taki jak nasz podpada chyba pod kategorię przedsięwzięcia, jak już to romantycznie ujęłam nieco wyżej… Więcej niż ¾ gości jest przyjezdna, ponad połowa jedzie z zagranicy, organizujemy wszystko w dużym stopniu zdalnie, bo z Włoch, a na dokładkę pan młody ma mały problem z językiem polskim… „Ścieśliwy”, „nerwuje”, „zmeciony”, „głodny”, „smakuje”, „fajnie”, „bardzo fajnie”, „wsiśko w pozionktu”, „ci moge postawić ci drinka?”, „(nie) śmierdzi”… Tyle pan młody umie po polsku. Nie jest łatwo.


Prolog. Telefon do USC w Polsce.

Lokal mamy już od czerwca, tymczasem dokumenty w USC można złożyć na 6 miesięcy przed datą ślubu. Mocno dawało nam się to we znaki, nerwy były napięte.

Jakiś miesiąc przed pierwszą szansą na złożenie dokumentów (czyli 6 miesięcy przed datą ślubu) zadzwoniłam do USC. Pobieramy się poza urzędem, więc nie mówimy o Warszawie, tylko jej okolicach. To zresztą nie ma większego znaczenia – niezależnie od tego, do którego urzędu mielibyśmy się udać, wiązało się to z podróżą do Polski. Przez telefon udzielono mi wszystkich informacji – dokumenty takie i takie, wymagania takie i takie, bez tłumacza (oficjalnie, jeżeli młody nie rozumie po polsku, w składaniu dokumentów musi uczestniczyć tłumacz przysięgły) – dobrze, w porządku, jeżeli ja się podejmuję tłumaczenia. I największa zmora… Ślub wypada w sierpniu, dużo par wybiera takie terminy i większość chce mieć śluby w plenerze. Pani potwierdziła, że żeby być pewnym daty, powinniśmy wylądować u niej w pierwszy możliwy dzień. Od razu po tej rozmowie Vi wziął urlop i zakupiliśmy bilety na samolot.

Akt 1. Dokument z włoskiego USC.

Vi szybko skontaktował się z włoskim USC. Musieliśmy przyjść oboje z moim oświadczeniem o stanie cywilnym i Vi aktem urodzenia, pani miała wystawić dokument w przeciągu kilku dni. Zupełnym przypadkiem, kilka miesięcy wcześniej zabrałam z Warszawy owe zaświadczenie i mogliśmy je przedłożyć w urzędzie. O poranku w tygodniu poprzedzającym wylot do Polski stawiliśmy się – ja zaspana, fidanzato ani trochę – na miejscu i zrobiliśmy odręczne tłumaczenie mojego zaświadczenia z polskiego na włoski. Musiałam jedynie poświadczyć, że biorę odpowiedzialność za tłumaczenie i że jest ono prawdziwe, żadnego tłumacza nie było potrzeba, ale na tym dobre wiadomości się kończyły. Pani wypełniła dokumenty i dała nam kartkę potwierdzającą ich złożenia, ale na odebranie gotowego dokumentu wyznaczyła datę na tydzień po powrocie z Polski… Oblały nas zimne poty. Po raz pierwszy.

Akt 2: Akt urodzenia.  

Po tym wydarzeniu Vi coś tknęło. Wieczorem oświadczył, że musi się powtórnie wybrać do urzędu, żeby poświadczyli mu akt urodzenia. To miała być czysta formalność. Ja miałam spać spokojnie i niczym się nie martwić. 

Tak też się stało, natomiast Vi przeszedł w tym czasie kolejny atak zimnych potów.

Z tym aktem to było tak… Ponieważ Vi pochodzi z Neapolu, nie mógł otrzymać aktu od urzędu w Rimini. Urzędnicy zasugerowali mu, żeby przez system internetowy złożył wniosek o taki dokument, który sam sobie wydrukuje. Tak też zrobił, połączył się online z urzędnikiem z Neapolu i już, miał akcik, łatwizna. To miało wystarczyć. W międzyczasie fidanzato wysłał po oryginał swojego tatę, w końcu od przybytku głowa nie boli. Dokument wysłany kurierem miał dotrzeć do nas na dzień przed wylotem do Polski.

Właśnie wtedy Vi postanowił poprosić o poświadczenie aktu drukowanego. Wstał rano, pojechał po raz kolejny do USC i zderzył się z murem. Nie poświadczyli mu dokumentu. Ja spałam, oryginał idący (piechotą chyba) z Neapolu nie docierał… Firma kurierska przez telefon poinformowała teścia, że akt zostanie dostarczony z jednodniowym opóźnieniem, czyli w dniu naszego wylotu. Vi bardzo szybko załączył się instynkt zarządzania sytuacją krytyczną. Wydzwonił przyjaciela rodziny (niektórym moim koleżankom ów pan znany będzie pod świeżo nadanym pseudonimem "Papież") – urzędnika, który ma nieregularne godziny pracy, a na dodatek często bywa w Rimini. Już jakieś 10 godzin później fidanzato odbierał z dworca Papieża i swój własny akt urodzenia, ponownie odebrany przez teścia.

Akt 3: Ambasada włoska.

Na dwa dni przed przylotem do Warszawy, mieliśmy pewność, że nie dostaniemy dokumentu potwierdzającego zdolność Vi do zawarcia związku małżeńskiego. W ruch poszedł telefon, a na linii - ambasada włoska. Oni taki dokument wystawiają od ręki, problemem był odbiór. Vi wysłał niezbędne dokumenty i wystawił upoważnienia moim rodzicom. Dwa dni później do ambasady wybrał się mój tata, coś nie działało, czas oczekiwania był kosmiczny… Ale udało się! Wreszcie w dzień naszego przylotu mieliśmy komplet dokumentów i byliśmy przekonani, że teraz to już z górki.

Akt 4: Wizyta w polskim USC.

6:00 Pobudka.

7:00 Wychodzimy z domu. Urząd otwiera się o 8:00, ale my chcemy być pierwsi. Będziemy czekać pod drzwiami, a co?!

7:45 Jesteśmy na miejscu. Wysiadamy z samochodu i idziemy do budynku. Na drzwiach kartka: „Remont. Wejście wyłącznie z drugiej strony budynku.”. Za nami inna para. Szybkim krokiem kierujemy się do drugiego wejścia. Wchodzimy, tymczasem… Drogę przecina nam ta druga para, której – jak się później okazało – zamknięte drzwi otworzyła tłumaczka.
8:00 Druga para nie miała czegoś takiego jak poczucie sprawiedliwości i na chama weszła przed nami. Ku**a.

8:15 Stres, bo tamta para też była międzynarodowa i też odlatywała tego samego dnia. W mojej głowie przeplatały się trzy myśli: 1. „na pewno jak my przyjechali dokładnie 6 miesięcy przed ślubem, żeby mieć pewność co do daty, bo ich goście podobnie jak nasi już zaczęli kupować bilety”, 2. „zapewne mają taki sam priorytet jak my – najpóźniejsza możliwa godzina ceremonii, bo przecież niektórzy lecą rano w dniu ślubu”, 3. „na domiar złego przyszli z tłumaczem, a my bez”. Choć Vi widział całą sytuację w nieco jaśniejszych barwach (konkretnie: nie widział problemu w obecności tłumacza, a w razie potrzeby był gotowy błagać tłumaczkę, żeby zarobiła również na nas), minę miał nietęgą i nerwowo krążył po korytarzu. Vi jest człowiekiem, który się nie denerwuje, a już na pewno nie krąży. Jego krążenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest źle. 

8:20 Do kolejki dołączają kolejne dwie pary. Więc to naprawdę jest wyścig!

8:23 1 mississippi, 2 mississippi, 3 mississippi,… 

8:27 Pani urzędniczka wychodzi i kieruje się do innego pokoju. W drodze powrotnej łapie ją jedna z par z kolejki i zaczyna bombardować pytaniami. Urzędniczka informuje, że zaraz zaprosi ich do środku. „No chyba, kur**, nie.” – krzyczy jakiś głos w mojej głowie, pozostaję czujna. „Bo my mamy dwa dostępne terminy” – to oni. Ja mam jeden! JEDEN, i to OPŁACONY! Robi mi się gorąco. „Gdzie?” – pyta urzędniczka. Pada nazwa miejsca. Świetnie, ja też brałam je pod uwagę i na tamtym etapie nasz termin był dostępny. „Są tylko dwa terminy i musimy jeden zarezerwować.”. Tego już nie wytrzymuję: „my mamy tylko jeden termin, już zarezerwowany”. Urzędniczka wraca do pokoju, a tamci wystają pod drzwiami. Udzielam Vi instrukcji, że w razie potrzeby będziemy wbiegać przed nimi. Pal licho kulturę i dobre wychowanie – robię to po włosku, mniejsza szansa, że ktoś zrozumie.

8:30 Para numer trzy (nie ci narwani, tylko jeszcze inni) ni stąd ni zowąd wchodzi do innego pokoju, który też ma tabliczkę USC. Narwani są dodatkowo zdenerwowani i zaczynają zadawać mi pytania: „dlaczego tamci weszli?”, „a na co my czekamy?”, „a który pokój?”. Zaraz mnie coś strzeli i w rezultacie ja komuś strzelę.

8:37 Co oni tam tak długo robią? Jest bardzo nerwowo. Para numer trzy nie wyszła, para numer 1 nadal siedzi w środku, a narwani chodzą pod drzwiami w tę i z powrotem.  

8:40 Dziewczyna z pary numer 1 wychodzi z portfelem. Pewnie idzie wypłacić pieniądze.

8:45 Dziewczyna wraca. 

8:50 WCHODZIMY! NARESZCIE!

Wszystko idzie zgodnie z planem. Uchodzi nam na sucho brak obecności tłumacza, pani pamięta mnie z rozmowy telefonicznej. Wypełniam milion druczków. Dane moje, dane narzeczonego, podanie o udzielenie ślubu poza urzędem, oświadczenie dotyczące prawa włoskiego, oświadczenie dotyczące nazwiska mojego i dzieci i jeszcze drugie podobne, ale z uwzględnieniem prawa włoskiego. Urzędniczka patrzy na Vi i zadaje w jego kierunku pytanie: „czy pan rozumie, co do pana mówię?”, fidanzato (przygotowany na to, że ma wykazać minimalną znajomość języka polskiego) wyłapuje słowo magiczne słowo „rozumie”, robi bardzo poważną minę, kiwa głową i zapewnia: „ja rozumie, rozumie po polsku”. Już później opowiedział mi, że modlił się żarliwie, żeby okazało się, że reakcja była właściwa. Wcale nie rozumiał, po prostu pamiętał, że zostanie wywołany do odpowiedzi, a że pani patrzyła się na niego intensywnie - zaryzykował.

Stres zelżał, urzędniczka wklepywała dane do systemu, już zbliżaliśmy się ku szczęśliwemu końcowi, aż tu nagle… „Ale ja nie mogę państwa zarejestrować na podaną datę.”… Zapomnieliśmy o jednej małej rzeczy – dokument wystawiony w ambasadzie ma pół roku ważności. Nasz został wystawiony o dwa dni za wcześnie. Spędziłam dobre dwa miesiące, wykłócając się z Vi i z włoskimi urzędnikami o to, że dokument musi być ważny w dniu ślubu. Oni przekonywali mnie zawzięcie, że ma być ważny w dniu składania dokumentów. Przekonywali tak długo, aż uwierzyłam. Martwiłam się wszystkim, ale nie tym. Cios przyszedł znienacka.

Vi, co prawda, nie rozumiał, ale ponieważ w kółko powtarzały się słowa: „nie” i „nie mogę”, na wszelki wypadek robił poważną minę. Później po prostu powielał moje miny z repertuaru: zmartwienie, przejęcie, bezradność, aż znalazłam chwilę, żeby mu przetłumaczyć i utwierdził się w przekonaniu, że jego pomysł na naśladowanie był słuszny. 

Efekt był taki, że przez dwie godziny byliśmy zarejestrowani na datę poprzedzającą wesele o trzy dni. Mieliśmy później złożyć podanie o zmianę terminu na tę, o którą od początku nam chodziło. Były wizje katastroficzne. Musieliśmy na czas dowieźć nowy dokument (to znaczy ten sam, co wcześniej, ale z nową datą) z ambasady, żeby goście rzeczywiście byli gośćmi ślubnymi, a nie tylko weselnymi. Rozpoczęliśmy wyścig z czasem: 30 kilometrów do ambasady, tam na szczęście poszło szybko, 30 kilometrów z powrotem do USC... Pani była w szoku, że obróciliśmy tak szybko. Przepisała nas na naszą datę i - chwała Ci Boże - to już koniec tej historii!

Wyliczyliśmy, że zdążymy jeszcze zajeść stres w Mac’u. Nie mogę powiedzieć, ile zjedliśmy, bo boję się, że niechcący wyda się, że Vi nie trzymał diety, ale było co zajadać i zajedliśmy to bardzo skutecznie. Na trzy godziny przed lotem wylądowaliśmy w domu, zdążyliśmy spakować walizki i już wskakiwaliśmy do taksówki. 

EPILOG

Vi wycofał się ze stwierdzenia, które dwa dni wcześniej przedstawił moim druhnom, że "mężczyźni lubią ryzyko". Otóż jednak nie lubią. Wyciągnął też wniosek końcowy: „jeżeli kiedykolwiek się rozstaniemy, już nigdy więcej nie wezmę ślubu”.

Podzielam.

Komentarze