Biały tydzień: zbiorowy wjazd w góry
Jeżeli na myśl przyszedł wam tydzień następujący po komunii, to... Cóż, skojarzenie jest oczywiście właściwe, ale... Jaki kraj, taki biały tydzień! Ten włoski bardziej mi się podoba i to o nim będzie ten wpis.
Settimana bianca, czyli właśnie "biały tydzień" (tydzień po włosku przyjmuje rodzaj żeński) to określenie będące synonimem dla ferii zimowych. Z tym, że Włosi, a właściwie - włoskie dzieci - ferii jako takich nie mają. Zatem, settimana bianca to którykolwiek tydzień w okresie zimowym, który spędza się w górach i poświęca jeździe na nartach czy snowboardzie.
Tak jak u nas wyjazd na ferie zimowe nie musi jednoznacznie oznaczać śmigania po stokach i rośnie grupa turystów wybierających słoneczko zimową porą, tak w przypadku settimana bianca słowo bianca, czyli biały (tutaj: biała), całkowicie załatwia sprawę.
Dobrze. Skoro już należycie do tych 7 osób, które czytują moje wpisy (w tym miejscu chciałabym przesłać gorące pozdrowienia Hubertowi... pozostali się jeszcze nie ujawnili ;D), na pewno wiecie, że chociaż lubię wplatać fakty kulturowe,historyczne i... Kogo ja oszukuję? Lubię zarzucić fakcikiem dotyczącym tradycji, zwyczajów czy cech włoskich, ale z historią nie mam nic wspólnego od czasów gimnazjum. W każdym razie, kluczową cechą takiegoż "zarzuconego" faktu jest to, że jest on oparty na moich własnych doświadczeniach, z jakiegoś powodu często przyjmujących postać skrajną. W związku z tym domyślacie się, że teraz nastąpi historia z życia wzięta. Uściślijmy: historia wzięta z mojego życia na ziemi włoskiej.
Nie będę opisywać wam przebiegu tygodnia. Mój wewnętrzny głos podpowiada mi, że wiecie doskonale jak to wygląda: śniadanie, stok, lunch, białego szaleństwa ciąg dalszy, gorący prysznic, obiadokolacja, drink, do łóżeczka i od początku... A jednak opisałam.
Co innego podróż! Ta zeszłoroczna przeszła najśmielsze oczekiwania. Tylu ludzi w trakcie jednej podróży (własnym samochodem!) nie poznałam jeszcze nigdy! Co więcej, był ruch (ruch to zdrowie), było trochę adrenaliny, było oddychanie świeżym górskim powietrzem (nieznacznie tylko skażonym spalinami samochodowymi) i były ćwiczenia na umiejętność pracy zespołowej i myślenie strategiczne. Same plusy. Kto by się spodziewał, kiedy temperatura zdecydowanie na minusie?
A było to tak...
Wybraliśmy się do Doliny Aosty. Niech was nie myli "dolina" w nazwie, nie pozwólcie uśpić swojej czujności. Nasz hotel usytuowany był na wysokości 1800 m.n.p.m. Wychodząc z niego, znajdowaliśmy się od razu na stoku. Bajka, wystarczyło wpiąć sprzęt i zacząć szusować wsiną białą dal! Pięknie było i wygodnie, ale najpierw...
W górach, jak to w górach, żeby dostać się do hotelu podjechać musieliśmy krętą ośnieżoną drogą. Z początku szło gładko, lecz im wyżej, tym zimniej - tym więcej śniegu, tym więcej lodu... Więcej lodu pod grubszą warstwą śniegu. Szybko, bo już po pięciu kilometrach, okazało się, że jest dobrze, póki jedziemy, natomiast kto się zatrzyma, ten będzie stał. Jechać, nie zatrzymywać się" - pomyślicie - "nic prostszego". I przyznam wam rację z jednym drobnym ale, mianowicie: nie wystarczy, żebyście wy jechali, jechać muszą jeszcze (a właściwie przede wszystkim) ci przed wami. Dlatego te ostatnie kilkanaście kilometrów to była wspólna jazda i wspólna modlitwa, żebyśmy jechali i żeby jechali ci przed nami.
Nie było mocnych, co chwilę - w szczególności na zakrętach - ktoś się zatrzymywał. Wtedy rozgrywała się taka oto scenka: zatrzymywał się samochód numer 1, za nim samochód numer 2 ("jak tu wyprzedzić na zakręcie?"), samochód numer 3 ("dwóch nie wyprzedzę"), samochód numer 4 ("i tak bym się zatrzymał"), samochód numer 5 ("chyba potrzebna im pomoc") i samochód numer 6 ("o, stoimy?" - dla niego to pierwszy postój).
Najpierw wysiadali ci z samochodu numer 2, potem samochód numer 3, potem samochód numer 1, który orientował się, że nie wypada siedzieć, kiedy wszyscy (nomen omen) stoją, a następnie samochody 4, 5 i 6. Wszyscy zbierali się dookoła samochodu numer 1. Były próby robienia podkopów w śniegu pod oponami, próby odmrażania lodu i było ustalanie faktów: czy są łańcuchy (oczywiście wszyscy wiedzą, że powinni je mieć, ale prawie nikt ich nie miał), czy są zimowe opony (czasem tak, czasem nie) i dokąd jedziemy (wszyscy do tego samego hotelu). Później następowało zbiorowe wypychanie samochodu. Najpierw za kierownicą zasiadał kierowca i wszyscy pchali, kiedy samochód drgnął, pasażerowie wskakiwali na swoje miejsca, dalej pchali podróżnicy z innych samochodów. Kiedy numer 1 ruszał, jego zadaniem było przejechanie jak największej części trasy bez zatrzymywania się bez względu na wszystko. Zobaczysz stojący samochód na drodze? Jedź dalej - na pewno ktoś ma opony słabsze od twoich, to stanie i popchnie.
W emocjach oczekiwano aż numer 1 zniknie za zakrętem, co dawało nadzieję, że rzeczywiście kawałek przejedzie. Wtedy tłum gromadził się wokół samochodu numer 2, kierowca zajmował swoje miejsce, pasażerowie w odpowiednim momencie wskakiwali do środka, a reszta pchała i czekała, czy również dwójka pokona zakręt. Sukces uskrzydla, po wypchnięciu samochodu numer 2 rozgrzana już grupa kierowała się do samochodu numer 3, a cały proces się powtarzał.
Martwicie się pewnie - jak poradzi sobie ekipa numer 6 - wypchną wszystkich, a sami zostaną? Kochani, no problem! Tamtego dnia tamta trasa uczęszczana była w obie strony non stop i zanim wypchnięto samochód numer 3, w kolejce stało już 10 następnych! Nikogo nie pozostawiono na pastwę losu i zaręczam wam, że wszyscy dotarli do hotelu. O tym, że dojedziemy zapewniali nas zresztą carabinieri, którzy zjechali sprawdzić jak wygląda sytuacja. Widząc dużą kolejkę samochodów stojących jeden za drugim i tłumy krążących wokół ludzi, zatrzymali się i oglądając opony, wyrokowali kolejno: "dojedziecie", "wy też dojedziecie", "i wy też dojedziecie".
Postojów, co prawda, było kilka, niecałe 20 kilometrów przejechaliśmy w około 1,5h, ale za to już w drodze poznaliśmy dużą część gości naszego hotelu. Ba, panowie (w tym Vi) złożyli grupowe zamówienie na łańcuchy, które ktoś przywiózł później do hotelu.
Do dziś ich nie użyliśmy.
Settimana bianca, czyli właśnie "biały tydzień" (tydzień po włosku przyjmuje rodzaj żeński) to określenie będące synonimem dla ferii zimowych. Z tym, że Włosi, a właściwie - włoskie dzieci - ferii jako takich nie mają. Zatem, settimana bianca to którykolwiek tydzień w okresie zimowym, który spędza się w górach i poświęca jeździe na nartach czy snowboardzie.
Tak jak u nas wyjazd na ferie zimowe nie musi jednoznacznie oznaczać śmigania po stokach i rośnie grupa turystów wybierających słoneczko zimową porą, tak w przypadku settimana bianca słowo bianca, czyli biały (tutaj: biała), całkowicie załatwia sprawę.
Dobrze. Skoro już należycie do tych 7 osób, które czytują moje wpisy (w tym miejscu chciałabym przesłać gorące pozdrowienia Hubertowi... pozostali się jeszcze nie ujawnili ;D), na pewno wiecie, że chociaż lubię wplatać fakty kulturowe,
Nie będę opisywać wam przebiegu tygodnia. Mój wewnętrzny głos podpowiada mi, że wiecie doskonale jak to wygląda: śniadanie, stok, lunch, białego szaleństwa ciąg dalszy, gorący prysznic, obiadokolacja, drink, do łóżeczka i od początku... A jednak opisałam.
Co innego podróż! Ta zeszłoroczna przeszła najśmielsze oczekiwania. Tylu ludzi w trakcie jednej podróży (własnym samochodem!) nie poznałam jeszcze nigdy! Co więcej, był ruch (ruch to zdrowie), było trochę adrenaliny, było oddychanie świeżym górskim powietrzem (nieznacznie tylko skażonym spalinami samochodowymi) i były ćwiczenia na umiejętność pracy zespołowej i myślenie strategiczne. Same plusy. Kto by się spodziewał, kiedy temperatura zdecydowanie na minusie?
A było to tak...
Wybraliśmy się do Doliny Aosty. Niech was nie myli "dolina" w nazwie, nie pozwólcie uśpić swojej czujności. Nasz hotel usytuowany był na wysokości 1800 m.n.p.m. Wychodząc z niego, znajdowaliśmy się od razu na stoku. Bajka, wystarczyło wpiąć sprzęt i zacząć szusować w
W górach, jak to w górach, żeby dostać się do hotelu podjechać musieliśmy krętą ośnieżoną drogą. Z początku szło gładko, lecz im wyżej, tym zimniej - tym więcej śniegu, tym więcej lodu... Więcej lodu pod grubszą warstwą śniegu. Szybko, bo już po pięciu kilometrach, okazało się, że jest dobrze, póki jedziemy, natomiast kto się zatrzyma, ten będzie stał. Jechać, nie zatrzymywać się" - pomyślicie - "nic prostszego". I przyznam wam rację z jednym drobnym ale, mianowicie: nie wystarczy, żebyście wy jechali, jechać muszą jeszcze (a właściwie przede wszystkim) ci przed wami. Dlatego te ostatnie kilkanaście kilometrów to była wspólna jazda i wspólna modlitwa, żebyśmy jechali i żeby jechali ci przed nami.
Nie było mocnych, co chwilę - w szczególności na zakrętach - ktoś się zatrzymywał. Wtedy rozgrywała się taka oto scenka: zatrzymywał się samochód numer 1, za nim samochód numer 2 ("jak tu wyprzedzić na zakręcie?"), samochód numer 3 ("dwóch nie wyprzedzę"), samochód numer 4 ("i tak bym się zatrzymał"), samochód numer 5 ("chyba potrzebna im pomoc") i samochód numer 6 ("o, stoimy?" - dla niego to pierwszy postój).
Najpierw wysiadali ci z samochodu numer 2, potem samochód numer 3, potem samochód numer 1, który orientował się, że nie wypada siedzieć, kiedy wszyscy (nomen omen) stoją, a następnie samochody 4, 5 i 6. Wszyscy zbierali się dookoła samochodu numer 1. Były próby robienia podkopów w śniegu pod oponami, próby odmrażania lodu i było ustalanie faktów: czy są łańcuchy (oczywiście wszyscy wiedzą, że powinni je mieć, ale prawie nikt ich nie miał), czy są zimowe opony (czasem tak, czasem nie) i dokąd jedziemy (wszyscy do tego samego hotelu). Później następowało zbiorowe wypychanie samochodu. Najpierw za kierownicą zasiadał kierowca i wszyscy pchali, kiedy samochód drgnął, pasażerowie wskakiwali na swoje miejsca, dalej pchali podróżnicy z innych samochodów. Kiedy numer 1 ruszał, jego zadaniem było przejechanie jak największej części trasy bez zatrzymywania się bez względu na wszystko. Zobaczysz stojący samochód na drodze? Jedź dalej - na pewno ktoś ma opony słabsze od twoich, to stanie i popchnie.
W emocjach oczekiwano aż numer 1 zniknie za zakrętem, co dawało nadzieję, że rzeczywiście kawałek przejedzie. Wtedy tłum gromadził się wokół samochodu numer 2, kierowca zajmował swoje miejsce, pasażerowie w odpowiednim momencie wskakiwali do środka, a reszta pchała i czekała, czy również dwójka pokona zakręt. Sukces uskrzydla, po wypchnięciu samochodu numer 2 rozgrzana już grupa kierowała się do samochodu numer 3, a cały proces się powtarzał.
Martwicie się pewnie - jak poradzi sobie ekipa numer 6 - wypchną wszystkich, a sami zostaną? Kochani, no problem! Tamtego dnia tamta trasa uczęszczana była w obie strony non stop i zanim wypchnięto samochód numer 3, w kolejce stało już 10 następnych! Nikogo nie pozostawiono na pastwę losu i zaręczam wam, że wszyscy dotarli do hotelu. O tym, że dojedziemy zapewniali nas zresztą carabinieri, którzy zjechali sprawdzić jak wygląda sytuacja. Widząc dużą kolejkę samochodów stojących jeden za drugim i tłumy krążących wokół ludzi, zatrzymali się i oglądając opony, wyrokowali kolejno: "dojedziecie", "wy też dojedziecie", "i wy też dojedziecie".
Postojów, co prawda, było kilka, niecałe 20 kilometrów przejechaliśmy w około 1,5h, ale za to już w drodze poznaliśmy dużą część gości naszego hotelu. Ba, panowie (w tym Vi) złożyli grupowe zamówienie na łańcuchy, które ktoś przywiózł później do hotelu.
Do dziś ich nie użyliśmy.

Komentarze
Prześlij komentarz