Pojedziemy w górę i wyjdziemy psa.
San Marino w dół, Bologna w górę, Neapol w dół, Mediolan w górę, Sycylia w dół, Turyn w górę. Oczywiście wszystko to kwestia względna, zależna od tego, gdzie się aktualnie znajdujemy.
Ale o co chodzi?
O giù i su.
Dwa słowa, którymi Włosi, podróżując, określają kierunek jazdy. Ale - uwaga! - tylko w pionie, bo giù oznacza w dole, w dół, na dół, a su - w górę, na górze. Zdarza się pominięcie nazwy miasta, jeżeli wynika ona z kontekstu rozmowy, ale jego położenie względem podróżującego... No nie, to ma kluczowe znaczenie.
W praktyce wygląda to tak:
Kiedy jedziemy do Neapolu, to jedziemy na weekend giù, na dół.
Następnie wracamy do domu su, do góry przywozimy mozzarellę.
Vi w podróże służbowe najczęściej jeździ su, w górę.
Ale większość jego przyjaciół jest z dołu, więc odwiedzamy ich giù.
Długo ignorowałam tę językową drobnostkę, która jednak okazała się nie być wcale drobnostką. Będąc szczerą - w dużym stopniu wynikało to z niedokładnej znajomości mapy. Włoska mapa (stwierdzam to z nieukrywanym wstydem) jest mi bardziej przyjazną niż polska, co wynika chyba przede wszystkim z tego, że co region, to: dialekt, obyczaj, [inne] jedzenie, i tak wymieniać mogę długo; jednak Włochy to duuuuży kraj, trudno wymagać od kogokolwiek zlokalizowania na mapie wszystkich miast i miasteczek.
W końcu zaczęłam się z tą mapę mierzyć, sprawdzając za każdym razem, w którym kierunku jedzie fidanzato, jaki to region i jaka odległość nas od danego miejsca dzieli. Aż natrafiłam na wątpliwość, mianowicie: dokąd jadę, kiedy jadę na zachód? Ani trochę na południe, ani trochę na północ, tylko dokładnie na zachód.
To co, jadę w lewo?
Otóż nie, odpowiedział Vi, chociaż to rzeczywiście przypadek problematyczny. Są miasta, do których niektórzy jeżdżą w dół, a inni w górę, i to wyruszając z tego samego miejsca! Mało tego, nieraz jadąc samochodem, uściślijmy - tym samym samochodem, jeden twierdzi, że jedzie giù, a drugi su. I kto im zabroni?
Co więcej, w swoim dialekcie Neapolitańczycy uparcie używają sformułowania scendere giù oznaczającego "schodzić/zjeżdżać w dół", co jest pleonazmem na równi z "cofać się do tyłu" z naszego polskiego podwórka. To nadal nie wszystko, moi ukochani południowcy (czyt. Neapol i okolice) nie tylko sami schodzą lub zjeżdżają (scendere), ale też wychodzą psa (scendere il cane), a nie z psem, co... No nie oszukujmy się, jest niepoprawne w stopniu identycznym z wychodzeniem psa w języku polskim. Co ciekawe, ci, którzy skończyli szkołę, są w pełni świadomi tego, że psa się nie wychodzi, a zawzięcie wychodzą go i tak. W końcu tak każe dialekt, a dialekt to świętość. Amen.
Uwielbiam takie smaczki językowe. Małe, a cieszy. :-)

Komentarze
Prześlij komentarz