Wspaniałe polskie śniadanie
Ilekroć na pytanie "co jemy na kolację?", odpowiadam, że nie wiem, Vi z nadzieją pyta: "robimy polską kolację?". O tak, polska kolacja przypadła Vi do gustu, to była prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia... A przecież w rzeczywistości wszystko zaczęło się od śniadania. Polskiego śniadania.
Stół z pięcioma nakryciami, na środku pomiędzy nimi: twaróg w misce, pomidory i rzodkiewki pokrojone na talerzu, ogórki kiszone w słoiku, obok chleb, masło w maselnicy, wędliny na tacy, opakowanie sera żółtego. Na potrzeby włoskiego gościa są też: rogal, miód i nutella, sugestywnie postawione przy jednym konkretnym nakryciu. I coś, co być po prostu nie może - herbata lub woda z cytryną, a tylko Bóg jeden wie co gorsze.
Herbata, czyli nie tylko zabarwiona, ale na dodatek gorąca woda. Woda sama w sobie to dobro, woda jest zdrowiem i wodę pić trzeba, wiadomo... Ale zabarwioną? Ale gorącą? Ale z cytryną? A zwykła? Gdzie zwykła woda? Zimna, bez udziwnień, bez dodatków, nalana prosto z kranu do szklanki. Co to za dziwny naród z tych Polaków.
Ale już samo śniadanie, petarda. Kto by pomyślał, że na stół powystawiać można tyle rzeczy? Że nie każdy sobie rzepkę skrobie, tylko wszyscy skrobią masło. Wspólnym nożem czy własnym, grunt, że każdy kiedy chce i ile zechce skrobać może. Taką nutellę, skrob skrob skrob, hulaj duszo, piekła nie ma!
Lecz w warunkach ogólnego dostatku i dobrobytu panującego na stole, nutella nie kusi. Rogal pozostaje nietknięty na rzecz tknięcia każdego innego produktu. Oczywiście oprócz ogórków kiszonych, ogórki śmierdzą, najlepiej zawczasu namówić fidanzatę, żeby też ich nie tykała, w takich warunkach nawet drobny szantażyk jest uzasadniony: "nie będzie buzi buzi", a nuż zadziała. (Zazwyczaj nie działa. Co tam buzi, skoro można je mieć codziennie, a taki słoik ogórków... Rarytas, dobro luksusowe rzadko dostępne.)
Najwspanialszy jest twaróg, dlatego też on właśnie stał się symbolem polskiego śniadania, rytuałem i czymś, co należy celebrować. Najlepiej w każdy weekend. Tyle, że we Włoszech twaróg jest, no... Nieco zbyt glutowaty i słony. Zatem polskie śniadanie najlepiej celebrować w Warszawie, przy rodzinnym stole z pięcioma nakryciami i prawdziwym twarogiem.
Dopiero kolacja pozostawia większą swobodę. Wystarczy wystawić na stół zawartość lodówki i voila!, kolację (polską) podano.
Urzeczony ideą serwowania nieporcjowanych posiłków narzeczony wznosił peany na jej cześć z taką częstotliwością, że ów sposób zastawiania stołu został w jego rodzinie powszechnie uznany za typowo polski. I tak przygotowani teoretycznie włoscy, przepraszam, neapolitańscy teściowie przybyli do Warszawy na wizytę u przyszłych teściów starszego (i bardziej niezależnego) z synów. Nie zaskoczyło ich nic - ani herbata na stole (choć od razu poprosili o wodę, z zastrzeżeniem - bez cytryny), ani twaróg (choć jego smak już tak, aż teściowa zrezygnowawszy z rogala z nutellą, dokładała sobie dwa razy), ani sałatka (fakt, że syn wielokrotnie opowiadał: "i oni jedzą bardzo dużo sałatek, a wszystkie z majonezem i bez sałaty...").
Zaskoczenie pojawiło się wraz z obiadem. Otóż okazało się, że obiad również jest polski. Oczywiście, oczywiście... Były mielone, schaby i zawijasy, ziemniaki i kasza, mizeria, marchew i buraczki. Prawdziwy pokaz kuchni polskiej, uczta dla podniebienia, lecz to nie miało znaczenia. Na stole mogłyby równie dobrze stanąć gnocchi, lasagna i parmigiana, a to wciąż nie zaprzeczyłoby polskości obiadu. Bo najważniejsza jest kwestia podania i dopóki jedzenie stoi na środku i każdy może sobie nałożyć, a później dowolną ilość razy dołożyć, to znaczy, że to jest polskie... Tak polskie jak polskie śniadanie, obiad i kolacja.

Komentarze
Prześlij komentarz