Potwory wychodzą z szafy, a kropla drąży szkło

Dumna z siebie jestem, bo w poszukiwaniu literacko brzmiących słów na opis rzeczywistości (mało literackiej), znalazłam właśnie takie: potwory wychodzą z szafy, a kropla drąży szkło.

Taki legendarny potwór z Loch Ness, iście literacki! Jak tak sobie myślę, to przecież każda szanująca się miejscowość ze zbiornikiem wodnym ma swojego potwora. Warszawa ma swojego boa... A co, Rimini gorsze? Przed państwem: Grzyb. Grzybciu, przedstawiam, oto moi czytelnicy. Nie, nie podawajcie mu dłoni, nawet na niego nie patrzcie, wątpliwa przyjemność mieć takich znajomych.

Grzyb jest z nami od początku, od pierwszego dnia. Właściwie, im dłużej zastanawiam się nad tym, tym głębiej wierzę, że to my weszliśmy mu w drogę. On tu sobie prowadził spokojne samotne życie kawalera, a tu nagle jakaś narwana parka z jeszcze bardziej narwanym kotem wprowadziła mu się do mieszkania. I tak oto zaczął zaprowadzać własne porządki. Najpierw w sypialni, później w łazience, a następnie na powrót w sypialni i nowość - w dużym pokoju. Nic nie umyka jego uwadze. Ale po kolei.

Mężczyzna wchodzi do pokoju, w którym Grzyb opanował górny lewy róg, część ściany oraz sufit. Kobieta zwraca się do niego słowami: "patrz kochanie, mamy Grzyb", on [mężczyzna, nie Grzyb] odpowiada jej: "to nie Grzyb, to wilgoć". Nie mam oczywiście na myśli żadnego konkretnego mężczyzny. Bynajmniej nie opisuję tu nikogo, kogo moglibyście znać. Proszę się również nie sugerować poziomem spostrzegawczości powyżej opisanego osobnika i pod żadnym pozorem nie kojarzyć go na zasadzie podobieństw bądź pokrewieństwa z innym mężczyzną nieodróżniającym dla odmiany płomienia od tłuszczu.

Grzyb nieusatysfakcjonowany reakcją mężczyzny, czyt. zanegowaniem przez niego rzeczywistości (i nie dziwmy się biednemu Grzybkowi, narzeczona w tym konkretnym przypadku również pozostała nieusatysfakcjonowana), postanowił zdwoić wysiłki i uderzyć z większą mocą.

Parę dni później kobieta otwiera szafę. Otwiera ją w celu zamiany miejscami szafy letniej z zimową. Wzrok jej przykuwa granatowa marynarka. Kupiła ją, co prawda, całe lata temu i nie zakłada zbyt często, być może pewne szczegóły uleciały jej z pamięci, jest jednak przekonana, że jeszcze niedawno marynarka była koloru granatowego, tymczasem to, co trzyma w ręku można opisać jako granatową marynarkę, lecz w białe ciapki.
Kobieta z niedowierzaniem ściąga ubranie z wieszaka i ogląda je z bliska, upewniając się, że ciapki nie są wytworem jej wyobraźni. Nabrawszy pewności, bez słowa (o ty naiwno kobieto) prezentuje żniwo bezdusznego potwora swojemu narzeczonemu, który uśmiechając się do niej, mówi: "bardzo ładna, nowa?". Kobieta w ciszy liczy do dziesięciu, zwalczając w ten sposób chęć uduszenia przyszłego męża ową granatową marynarką w białe ciapki i spokojnie (acz z pewną, nie oszukujmy się, zasłużoną dozą sarkazmu) odpowiada: "nie jest nowa, kochanie, to Grzyb". Mężczyzna zaś w odpowiedzi zadaje kolejne pytanie (uwaga, uwaga, bo to hit!): "i jesteś pewna, że jej takiej nie kupiłaś?"
Gdyby wzrok mógł zabijać, mężczyzna nigdy nie dożyłby szansy przekonania się, czy marynarka rzeczywiście była kiedyś granatowa, czy jednak zawsze w ciapki. Przestaje negować dobrą pamięć narzeczonej (w zakresie ubrań... naprawdę?) na etapie wyciągniętej z szafy zimowej kurtki. Mężczyzna pamięta, że poprzedniej zimy kurtka była czarna, po prostu czarna. Ofiara potwora numer 3, zaraz po czarnej spódnicy z suwakiem.
I właśnie tak wygląda proces wychodzenia potwora z szafy.


Co do pięknej kropli drążącej szkło, wcale nie jest lepiej. Pomimo obecności odwilżacza powietrza, codziennie rano otwieram zaparowane okna. Dobra wiadomość jest taka, że wreszcie udało nam się ogrzać mieszkanie. Długa historia, kilkugodzinna. W skrócie: najpierw przestawiliśmy szafę obok drzwi, później komodę w kąt, kanapę na środek, a potem szafę w kąt i komodę z powrotem do drzwi, a stół w kąt, kanapę w drugi kąt, ale wtedy szafa musiałaby stać na środku, więc podsunęliśmy stół pod drzwi, co okazało się zupełnie bez sensu, więc przestawiliśmy szafę z powrotem na swoje miejsce, a potem jeszcze raz do drzwi i w kąt, a komodę na środek, a potem pod ścianę, a później jeszcze sofę pod szafę, ale wtedy szafy nie dało się otworzyć, więc przesunęliśmy jeszcze ławę do drzwi i kanapę w kąt, a potem wystawiliśmy za drzwi dwa krzesła... Mówiłam, że długa historia. W każdym razie okazało się, że mamy o jeden mebel za dużo, ale doszliśmy do wniosku, że żadnego z nich (stół lub kanapa) nie możemy przeciąć na pół. Długo rozważaliśmy też wystawienie któregoś z nich na taras, ale ostatecznie uznaliśmy, że to też zły pomysł. Skończyło się na tym, że prawie wszystkie meble wróciły, gdzie stały, miejscami zamieniliśmy ze sobą szafę i kanapę i voila!, teraz jest ciepło.  

Każdego ranka, gdy przecieram me zaspane błękitne oczęta, widzę ciemność. Wkładam na nos okulary i... Ciemność nabiera ostrości. Każde mieszkanie ma bowiem rolety przeciwwłamaniowe (lub okiennice), tu sprawujące funkcję przeciwsłonecznych i chroniących przed wysokimi temperaturami. Zwlekam się z łóżka, podciągam roletę... Podciągam i podciągam, bo ciężka jest. Zwłaszcza, gdy jest się zaspanym - to prawie jak przeciąganie liny. Wreszcie przez okno widzę piękny kolorowy świat. Ale cóż to za krople? Niby słońce, niby pięknie, a tu szyba zroszona kroplami, czyżby deszcz padał? "Będzie tęcza" - raduje się moje wewnętrzne dziecko i przykleja nos do szyby, żeby przyjrzeć się błękitnemu niebu... Nos staje się mokry. Ach no tak! Przypominają mi się słowa pana technika, który przyszedł usuwać nam Grzyb najpierw z sypialni, a później z łazienki (niedługo przyjdzie znowu): "wszystko wytwarza wilgoć, my wytwarzamy wilgoć" i najbardziej urzekające i filozoficzne: "wilgoć to my!". Otwieram okna, przyszedł czas na poranne wietrzenie, tak kazał pan technik: codziennie rano, otwierać okna, wypuszczać wilgoć.

W mieszkaniu wilgotność powietrza: 75%, na zewnątrz: 88%... Wypuszczam. Wypuszczam wilgoć z domu przez otwarte okno. Głęboko wierzę w jej instynkt samozachowawczy, wierzę, że wyjdzie. Tylko te kropelki jakoś nie schodzą i dla lepszego samopoczucia ścieram je wreszcie ściereczką. Ciiii, przecież to tylko raz... Dziennie.

Komentarze