Niech wam już będzie... FORZA NAPOLI

- Ola?
Tak każdą rozmowę telefoniczną rozpoczyna moja teściowa. Nie halo, nie pronto, tylko: "Ola?", jakby potwierdzała czy to ja. Potwierdzam: "si", ewentualnie potwierdza Vi wykonujący połączenie z mojego telefonu: "Si, Teresa, sono Ola" - piszczy w telefon, po drugiej stronie konsternacja. Takie finezyjne żarciki to zazwyczaj z samochodu, jedyna sytuacja, kiedy Vi dzwoni do swojej mammy z mojego telefonu. Zakłócenia i szumy zaburzają odbiór i wbrew pozorom nie zawsze uda się jednoznacznie stwierdzić które z nas jest po drugiej stronie. Chyba, że...
- Vittorio?
- Si, Vittorio.
- Wiedziałam, bo... - i tu pada uzasadnienie - Ola nie mówi do mnie po imieniu.
Wolałabym, co prawda, żeby padła jednoznaczna odpowiedź: "Ola nie brzmi tak głupio" czy po prostu "nie piszczy", albo odwrotnie: "masz za niski głos", ale jak widać nie można mieć wszystkiego. Zadowalam się tym, że nie używam imienia i ostatecznie Vitto zostaje rozpoznany dosyć szybko. Rzeczywiście nie robię tego. Używam formy "ty", co wynika raczej z tego, że jest prostsza, szybsza i częściej używana niż ta grzecznościowa. Mówienie do przyszłej teściowej bezpośrednio po imieniu jakoś mi nie wychodzi, a dosłownie: nie przechodzi... Nie przechodzi mi przez gardło jej imię - w bezpośrednim kontakcie staje w nim kluską i tkwi, i tkwi, i tkwi.

Tym razem to ja dzwonię. Obiecałam, że zdam relacje z prognozy pogody na weekend i z obietnicy wywiązuję się sumiennie. Kończymy rozmowę, dyskutując o tym, co należy zabrać ze sobą: sweter - tak, kurtka - tak, czapka - może, ale rękawiczki - nie.
- Słyszymy się jutro. - mówi teściowa na pożegnanie.
- Ok, to do jutra. - to ja. Szykuję się do odłożenia telefonu, wtem słyszę natchniony okrzyk z drugiej strony.
- FORZA NAPOLI!
Zastygam. No jakie znowu "Forza Napoli"? Po pierwsze: do mnie?, po drugie: przecież mecz pojutrze, po trzecie: ale do mnie?
- FORZA NAPOLI! FORZA NAPOLI! - słyszę z oddali głos teścia.
Z łazienki wybiega fidanzato.
- FORZA NAPOLI! - drze się wniebogłosy.
Wyczuwam atmosferę ogólnego oczekiwania, nie mam wyjścia. No niech już im będzie. Za Milika i za Zielińskiego.
- Forza Napoli.
Dopiero teraz teściowa odkłada słuchawkę.
***



- Idziemy na spacer?
- Idziemy!
Pół minuty później fidanzato obwieścił swoją gotowość do wyjścia, pojawiając się w drzwiach sypialni. Oczom moim ukazał się widok subiektywnie straszny, Vi przywdział bowiem od stóp do głów barwy Neapolu. Konkretnie - dresik. Piękny (choć nie dla mnie) granatowy dresik z logo drużyny i jej nazwą umieszczoną wzdłuż jednej z nogawek spodni oraz na piersi. Bluza zapięta do połowy ujawniała, co kryje się pod spodem: koszulka, a jakże!, również klubowa. NAPOLI.
- Brakuje ci szalika. - powiedziałam z przekąsem.
Donikąd zaprowadziła mnie głęboka wiara, że fidanzato wyłapie mój oczywisty sarkazm. Zniknął za drzwiami otwartej szafy, a potem pojawił się przede mną z jeszcze szerszym (i szczerszym) uśmiechem w skompletowanym stroju. Dres (zgodnie z - o zgrozo! - wyartykułowanym przeze mnie we własnej osobie życzeniem) uzupełniony został szalikiem, a w dłoni Vi wysuniętej w moim kierunku znajdował się mój własny różowy (kolejny z oficjalnych kolorów klubu) szaliczek Neapolu. Prezent od - uwaga - teściowej. O zgrozo, po stokroć: o zgrozo. Przełknęłam ślinę, w myślach skalkulowałam za i przeciw, aż wreszcie zdecydowałam, że nie mam wyjścia, muszę złamać serce temu - w tamtej chwili - 5-latkowi wierzącemu, że strój zagwarantuje zwycięstwo jego drużyny w wieczornym meczu.
- Ja tak z tobą nie wyjdę.

Może gdybyśmy mieszkali w Neapolu, gdzie w dniu meczu ulice stają się błękitne... Naprawdę naprawdę błękitne, bez choćby odrobinki przesady. Jakby stroje drużyny wysyłali im paczkami za darmo, jakby miastem rządziło niepisane prawo, że dzień meczu święcić należy strojem. Vi w tym swoim dresiku walącym po oczach (choć przecież wcale nieodblaskowym) wtopiłby się w tłum, może wtedy jego widok nie byłby aż tak bolesny. Może.

***

- Mam dla ciebie prezent. - obwieszcza Vi z radością.
- Co takiego? - pytam podekscytowana. Lubię prezenty!
- To prezent od mamy! - zdaje się jeszcze bardziej zadowolony, choć myślałam, że to niemożliwe.
Nie mogę się doczekać. Vi wyciąga torebkę, a z niej... Różowy szalik klubu Napoli.
- O. - nie wiem co powiedzieć. On się uśmiecha, czeka na moją reakcję. - O. - Powtarzam głupio.
- Teraz możesz oglądać mecze w szaliku!
Tak, bo kiedykolwiek oglądałam mecze bez szalika.
- Chyba nie oglądać meczy w szaliku? - poprawiam go.
- Ale jak będziesz w szaliku, to może zaczniesz oglądać! - mówi z nadzieją fidanzato.
- A no pewnie tak. - co mam powiedzieć przy tak rozbrajającej logice?
- Podoba ci się?
- Bardzo ładny. - staram się szczerze zachwycać szalikiem takim samym jak jego, tylko różowym. Przez chwilę żałuję nawet, że szalik ekscytuje mnie w takim samym stopniu co mecze piłki nożnej, a te oglądam zazwyczaj w słuchawkach wygłuszających, pisząc na komputerze. 
- Mama wybrała. - kontynuuje Vi. 
- Twoja mama nie wie, że nie oglądam piłki? - zwykła ciekawość, nie wierzę, że komukolwiek to umknęło. 
- Właśnie wie. - odpowiada Vi. - I dlatego jest różowy.
Aaaa... No jak różowy to rzeczywiście zupełnie inna rozmowa. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko ulec tej propagandzie i zacząć zachwycać się piłką nożną... Albo chociaż jej kolorytem.

Niech żyją błękit i róż!
FORZA NAPOLI! 

Komentarze