Być czy znać?

Na ziemi włoskiej co najwyżej Brytyjczyk zapytać może - w ślad za swoim rodakiem - "być czy nie być?". Drapiąc się po brodzie, z natchnieniem iście filozoficznym podsumuje tę wzniosłą myśl, cytując dalej: "oto jest pytanie!". Choć może bez wykrzyknika na końcu... Ten pozostawmy dla Włochów, a Brytyjczyk niech mówi wzniośle: "Być czy nie być? Oto jest pytanie.". Może doda jakieś "hmmm" na końcu dla podkreślenia powagi... A kto ich tam wie. Znak zapytania. Wykrzyknik.

Ale nie Włoch. Ten na podstawie własnych przeżyć i sieci kontaktów społecznych zapyta raczej: "być czy znać?". I będzie to pytanie nie tyle zadane, co wykrzyczane (nie ze złości bynajmniej, a żeby zwyczajnie mieć szansę usłyszeć własne myśli) w przestrzeń, której brakuje. Wyrzucone ponad głowy otaczającego tłumu, spokojnie popijającego z kieliszków wino w oczekiwaniu na stolik w restauracji, pytanie uniesie się aż pod sufit.

Z lewej akwarium z homarami, z prawej bufet z deserami, kelner 1 biegnie z pizzą w każdej z dłoni, kelner 2 tupta za nim z krewetkami i makaronem, ażeby wszyscy dostali swoje danie w tej samej chwili. Kelner 3 biegnie co prawda w kierunku przeciwnym, a na dodatek z pustą karafką, ale zaraz wszyscy spotkają się w jednym miejscu - przy kontuarze Człowieka Zarządzającego Kolejką. Inna kelnerka przebiega z tacą pełną filiżanek kawy (jedynej właściwej, czyli espresso), trzyma ją wysoko nad głową, ostrzegawczo krzycząc: "uwaga, uwaga!". Tłum się rozstępuje, a pytanie niezmiennie wisi w powietrzu zaczepione pod sufitem jak balonik z helem.

Do takiej restauracji wchodzimy w sobotni wieczór nieco zdziwieni zamieszaniem. Lo Zodiaco, nasz (i nie tylko nasz, o czym przekonujemy się przy każdej kolejnej wizycie) ulubiony lokal, zazwyczaj wypełniony jest po brzegi, jednak widok aż takiego tłumu - przypominam, że już mamy zimę! - poza sezonem, to (że tak sobie pozwolę na mały eufemizm) delikatne zaskoczenie. Podchodzimy do Człowieka Zarządzającego Kolejką.
- Cześć! - cieszy się na nasz widok - Vittorio, dla dwojga? - potwierdzamy, kiwając głowami - 40 minut czekania.

Decydujemy, że nie chce nam się czekać na miejscu, w restauracji jest naprawdę tłoczno i biedni kelnerzy już mają wystarczająco duży kłopot z przepchaniem się z tacami, talerzami i półmiskami do celu. Z daleka macha do nas jeden z kelnerów, odmachujemy i kierujemy się do pobliskiego salonu gier. Spędzamy w nim 20 minut, po czym wracamy rozeznać się w sytuacji. Wchodzimy - horror. Ci sami ludzie w tym samym miejscu wciąż oczekują na stoliki. Postęp żaden lub niewielki. Kierujemy się do CZK zapytać jak to wszystko wygląda czasowo. Ten zauważa nas, stojąc na środku restauracji. Robi zwrot w prawo, zwrot w lewo,  jeszcze raz w prawo, na krótką chwilę chowa się za słupem, po czym wyłania się zza niego i krzyczy w naszym kierunku:
- Vittorio! Za mną!
Podążamy za nim, kierujemy się do sekcji... Oczywiście! - Gino, "naszego" kelnera, który tak jak Vitto pochodzi z Neapolu. Bracia jednej krwi i jednej drużyny. Ten wychyla się natychmiast zza tego samego słupa, za którym zniknął przed chwilą CZK, uśmiecha się z daleka, wszystko staje się jasne. Po drodze natykamy się na jeszcze jednego z "naszych" kelnerów.
- Cześć! - Vitto podaje rękę, mnie w rękę całuje. Robi tak za każdym razem, odkąd dowiedział się, że mieszkamy w Rimini, ale jesteśmy z Neapolu (tak - my; narzeczony z Neapolu, to narzeczona automatycznie też). - Dawno was nie było!
Wymieniamy parę grzeczności, wreszcie dobijamy się do Gino. Najpierw podaje rękę mnie, później Vitto.
- Coś szybko minęło to 40 minut. - mówię trochę do Vi, a trochę do Gino.
- Jednym minie szybciej, innym minie wolniej. - Gino puszcza do mnie oko, podając nam karty dań.
***


Wchodzimy do naszego warzywniaka (oczywiście "naszego" nie ze względu na jego posiadanie, ale ze względu na często robione w nim zakupy; gwoli ścisłości sprawa z kelnerem ma się podobnie).
- Cześć, Vittorio! - wita się sprzedawca.
- Cześć, Cristian! - oczywiście, że znajomość z imion jest obowiązkowa i wzajemna.
- Są rzodkiewki. - krzyczy kasjerka. Włosi raczej nie jadają rzodkiewek, nie wiedzą specjalnie co z nimi robić. Ja wiem i kupuję, dlatego ilekroć przyjdą rzodkiewki, zostaję o tym poinformowana.
- Dzisiaj nie bierzemy. - odpowiadam.
Zaczynamy robić zakupy. Samoobsługa, ja idę w jedną stronę, Vi w drugą.
- A ślub w Polsce czy we Włoszech? - to Cristian, centralnie ze środka.
- W Polsce - pada odpowiedź.
- Co się je w Polsce? - kasjerka.
Ja pakuję kolejne warzywa i owoce, Vitto odpowiada na pytanie zgodnie z własną wiedzą i sumieniem:
- Obrzydliwie śmierdzące zgniłe ogórki i w podobnym stylu przyrządzoną kapustę, tłuszcz z boczkiem (smalec), śledzie, które Ola przyrządza na dwadzieścia sposobów, lubię śledzie, mięso w galaretce - nikt go nie jada, ale Ola tak i ja też, (...)
Idę po pomarańcze, zatrzymuje mnie Cristian.
- Na sok?
- Na sok.
- To ci przyniosę z zaplecza, są ostatnie soczyste i są tańsze.
Czekam na pomarańcze, odkładam na ladę zakupy, Vitto dorzuca orzechy. Zastanawiam się czy mamy wszystko. Nie tylko ja.
- Buraki? - pyta kasjerka.
- Nie.
- Cukinie. - to znowu ona.
- Są.
- Szczypiorek?
- SZCZYPIOREK! - jak dobrze, że ktoś przygotował listę moich zakupów, myślę, a w międzyczasie przyniesiony przez Cristiana szczypiorek ląduje na ladzie.
- Jest ricotta. - mówi Cristian do Vittorio.
- Jest ricotta? - pyta pan, który stoi w kolejce za nami. Rosjanin jak nic, słychać po akcencie.
- Nie, nie ma ricotty. - odpowiada Cristian, mruga do Vitto, odciągając nas na bok. - Odłożyłem wam 400g. Pisałem do ciebie na whatsappie, ale nie odpowiedziałeś, to wam odłożyłem.
Bierzemy oczywiście, bo to najlepsza ricotta w Rimini, prosto z Kalabrii.
- Wszystko. - mówię do kasjerki, a ona zaczyna ważyć i liczyć.
Kiedy na wadze ląduje ricotta, z zaplecza wychyla się właściciel sklepu:
- Ricotty im nie licz!
Kasjerka liczy dalej, pomijając ricottę. Właściciel sunie do nas z dwiema puszkami napoju na bazie kawy typowego dla Kalabrii, wręcza nam je z uśmiechem: "na zdrowie". Wychodzi 16 euro 70 centów. Właściciel zerka na kwotę i wyrokuje:
- Dzisiaj 15 euro.
Vitto płaci, właściciel otwierając puszki, pyta:
- Te ostatnie suszone pomidory smakowały wam bardziej niż poprzednie?
- Nie, poprzednie były lepsze. - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- A to te poprzednie wam zamawiać? - przytakuję - Te pomidory to ty najbardziej lubisz, jakie chcesz, takie zamówimy.
- Poprzednie. - podejmuję męską decyzję zupełnie jak nie ja.
Wychodząc z trzema siatami jedzenia, żegnamy się kolejno z Cristianem, kasjerką i właścicielem. Cristian łapie się za jedną siatkę, żeby nam ją zanieść do samochodu.
- Daj spokój, jest lekka. - mówi Vitto.
- Jutro będzie salami! - jeszcze krzyczy za nami właściciel, chociaż już obsługuje kolejnych znajomych klientów.
- A w piątek sery. - dodaje Cristian - Wyślę wam wiadomość, co przyjechało.
Żegnamy się ostatecznie i idziemy w swoją stronę.
***

Na jedną nanosekundę zupełnie niezauważalną dla turysty amatora zapadnie cisza pełna konsternacji, a lokal wypełni "być czy znać?", pytanie książkowo retoryczne. Odpowiedź jasna jak sierpniowe słońce nad Wezuwiuszem uniesie się w powietrzu i - ponad głowami, ponad zgiełkiem, ponad podziałami - dogoni pytanie, a to bezsilnie opadnie i już nie wstanie.

Wiadomo, że znać! Ale nie byle kogo. Wpływowych ludzi. Ekonomistów? Nie tam, ci to prawie jak postaci sci-fi, nikt nie wie o co im chodzi, nikt ich nie rozumie, niby język ten sam, a jakby nie. Polityków? Ci są jeszcze lepsi, plotą trzy po trzy, za grosz nie mają wyczucia kiedy zamilknąć, tymczasem najlepiej, gdyby swoich buziek w ogóle nie otwierali. Lekarzy? Tych rzeczywiście warto znać, zwłaszcza gdy ma się tendencje do chorowania albo przynajmniej do hipochondrii. Kontrolerów finansowych znać to też przydatna sprawa. Kar można uniknąć albo dostać jakieś pieniądze, o które bez takiego znajomego nawet by się nie upomniało, ewentualnie zawrzeć związek partnerski, co niebezpośrednio również prowadzi do zmniejszenia strat finansowych. Hydraulika, bo przyjdzie, naprawi, zapobiegnie katastrofie i - co najważniejsze - nie wystawi rachunku. Stolarza - zrobi nam stół, krzesła, huśtawkę na taras, ale w kwestii rachunku zgodzi się z hydraulikiem. I fryzjer - uczesze, a potem... To samo co bracia: hydraulik i stolarz.

Znać, zdecydowanie znać. A najważniejsze są znajomości z bohaterami dnia codziennego.

Komentarze