To w końcu narzeczony czy nie?
Zagadka:
Czym się różni włoski narzeczony od włoskiego nie-narzeczonego?
Niczym.
A czym się różni włoski narzeczony od niewłoskiego
narzeczonego?
A no tym, że włoski narzeczony wcale nie musi być
narzeczonym.
Po włosku narzeczony to fidanzato.
To słówko, które lubię i używam go, pisząc o Don Vitto już od dłuższego
czasu. Wbrew pozorom nie musi ono sugerować żadnych poważnych deklaracji. Może,
ale nie musi.
Bo z tym fidanzato
to jest tak: rzeczywiście w tłumaczeniu dosłownym to – nic dodać, nic ująć – narzeczony.
Taki, co to klęknął, wydukał, co miał wydukać, został łaskawie przyjęty przez swoją
królewnę i zaakceptowany przez jej rodzinę, zatem chwilowo może spać (w miarę)
spokojnie.
Ale Włosi, naród przewrotny i zabawny, nie czepiają się kurczowo
dosłowności, dlatego na dosłownym znaczeniu podobieństwa się kończą.
Zaryzykuję stwierdzenie, że włoski fidanzato jest nadużywany... (Ależ to dwuznacznie brzmi... A nawet
jednoznacznie! Mam oczywiście na myśli samo słowo. :P) Istnieje niepisana
zasada, że w związkach osób dorosłych rzadko kiedy używa się słowa ragazzo, odpowiednika naszego chłopaka.
Dlaczego? Pewnie żeby (no niech mu będzie) mężczyźnie nie umniejszać i nie
ranić jego ego myśliwego.
Może na początku. Może (podkreślam może!) kiedy związek jest
świeżutki niczym gorące bułeczki przyniesione na śniadanie prosto z piekarni. Może kiedy nie wiadomo, czy przetrwa
odlot motyli (brzuchowo-żołądkowych), czy też nie… Wtedy być może zdarzyć się
może, że przez zaciśnięte gardło z nienaturalnym wysiłkiem wydusi ktoś z siebie
tego biednego porzuconego przez wszystkich ragazzo.
Tak zdarzyć się może. Ale nie musi.
Natomiast, jeżeli mówimy o dwojgu ludzi, którzy są ze sobą
już jakiś czas i oficjalnie występują jako para na uroczystościach rodzinnych
(czego uniknięcie jest swoją drogą sztuką stanowiącą wyzwanie nawet dla zaprawionych
w bojach ninja), robimy ukłon w kierunku fidanzato.
Słowem (a raczej kilkoma) – tylko fidanzato się
liczy, dlatego też to on dominuje w języku codziennym. Punto.
Z czego to wynika? Podeprę się teorią Johna Hoopera, autora
książki „Włosi”. Uważa on – a ja z
przekonaniem powtarzam za nim – że młodzi Włosi wiążą się ze sobą na długie
lata i trwają w takich niesformalizowanych związkach dłuuuuugo, czasem baaaaaardzo
dłuuuuugo. Z biegiem lat ciężko postawić partnera na równi z ragazzo i dlatego, pomimo braku oficjalnych zaręczyn, używa się
formy fidanzato.
Ot, cała tajemnica.
No dobrze, a dlaczego przeciągać związki do ośmio- czy
dziesięcioletnich zamiast pobrać się po trzech latach?
Dlatego, że ci młodzi
Włosi, o których wspomniałam wyżej, są naprawdę młodzi. Wiążą się często, mając
po szesnaście lat. Odpowiedź pozostaje zatem kwestią czystej matematyki. Zaręczyny po
rzeczonych trzech latach wypadałyby w wieku lat dziewiętnastu. Dlatego pary
czekają osiem, czasem dziesięć lat. Związek niby długi, niby przechodzony, a
średni wiek zawierania związków małżeńskich nie odbiega znacząco od norm
polskich.
I chyba na potrzeby czekania ze ślubem do odpowiedniego
momentu powstało rozwiązanie pierścionkowe. Włoszki dostają dwa pierścionki zamiast jednego. Jak to mówią: potrzeba matką wynalazku.
Dając dziewczynie pierwszy pierścionek chłopak (a niech
będzie, że ragazzo) daje jej do
zrozumienia, że traktuje ją poważnie i deklaruje, że swoją przyszłość widzi
jako wspólną, dzieloną między ich dwoje. Ten pierścionek oznacza po prostu: „kiedyś
poproszę cię o rękę”. „Kiedyś” jest bliżej nieokreślone i odległe, a sam pierścionek
nie zobowiązuje dziewczyny do niczego.
Drugi pierścionek to klasyczne zaręczyny. Moment, w którym fidanzato staje się nim w pełnym tego słowa znaczeniu.
A
w przekazie? Pewnie był fidanzato
jeszcze przed pierścionkiem numer jeden.
I to samo tyczy się teściów, synowej i zięcia. Słów tych używa
się na długo przed ślubem (czasem używa się, a do ślubu nigdy nie dochodzi).
Kwestia uproszczenia i wygody – zastąpienia kilku słów jednym...
A może nadziei?

Komentarze
Prześlij komentarz