Historia pewnego grilla vel ogniska na tarasie.


Tytuł: Jak ugrillować grilla. Lub: jak NIE ugrillować grilla. Instrukcja dla towarzystwa międzynarodowego. Lub: przyjechali Polacy i zrobili ognisko na tarasie.
Ten ostatni pudelkowy nagłówek wprowadza jednak w błąd, gdyż głównymi grillującymi byli Vitto i jego tata. 

Ale po kolei…



Wszystkie postacie biorące udział w odcinku: ja, Vi, moi rodzice, babcia oraz ciocia z wujkiem, a także moi przyszli teściowie. Drugi plan (czyt. drugi pokój): brat i kuzynka oraz kotka bardzo niezadowolona z takiego obrotu sytuacji, bo przecież dzieje się… Trzeba sprawdzić, co się dzieje!

Miejsce akcji: taras, nie byle jaki – NASZ piękny wychuchany tarasik.

Główny bohater opowieści: nowiuteńki grill elektryczny.

Akcja: pierwszy (i ostatni) grill rodzinny (i w ogóle jakikolwiek) na naszym tarasie (jak wcześniej: jeżeli o mnie chodzi, to w ogóle jakikolwiek przez najbliższych parę miesięcy).

Czas trwania akcji: przyjemny – mimo iż nie najgorętszy – wieczór.


Dzień wcześniej dostaliśmy zamówionego przez amazona nowego grilla elektrycznego na taras. Cudownie! Wszyscy się zachwycaliśmy, że taki piękny, taki wspaniały i tak szybko dostaliśmy przesyłkę…Trzeba go wypróbować!
Nie czekając na nic (bo i na co?), przeszliśmy płynnie od planów do czynów. Rano zakupiliśmy kilogramy mięcha i warzyw… Na jedenaście osób – ilości nie w kij dmuchał. A wieczorem rozpoczęliśmy grillowanie. Rzeczywiście fajny sprzęt, a jak pachniało! Zachwytom nie było końca. Tymczasem moja mama jako pierwsza dojrzała płomień. Wróć, właściwie to nie jako pierwsza go dojrzała, lecz zdefiniowała.

Było to mniej więcej tak…

Mama, siedząc na kanapie i obserwując rozwój akcji przez okna, wyraziła nagle „lekkie” zaniepokojenie płomieniem na grillu. Co tam płomień na grillu, powiecie. I słusznie. Chwała wam za przytomność umysłu. Ale ten nasz był elektryczny (zachowajcie przytomność umysły i zwróćcie uwagę na użyty czas przeszły) i tutaj niepokój jest (celowo zastosowany czas teraźniejszy) uzasadniony i mówię to wam ja. Gdy usłyszałam przerażające słowo „ogień” w połączeniu z moim tarasem, wyszłam do Vi i teścia skontrolować sytuację. Otóż jak łatwo się domyślić, oni również zauważyli ogień, natomiast teściu z wielką pewnością siebie perorował, iż: „to nie ogień, to tłuszcz”.

Przekonaniu jego niezachwianemu uległ mój Romeo, więc przez pewną chwilę tak sobie grillowali ojciec z synem. Ja jednak narobiłam hałasu. Pierwsza, bo jako jedynemu tłumaczowi rodzinnemu (oddając sprawiedliwość, są jeszcze Vi i mój tata, ale oni są tłumaczami niepełnymi. Ogólny proces tłumaczenia wydłuża się – z włoskiego na angielski, a potem z angielskiego na polski lub odwrotnie – i muszą występować w parze, inaczej komunikacja pomiędzy dwiema rodzinami jest niemożliwa.) przysługuje mi pierwsze słowo.

Powtórzyłam zatem mniej więcej to, co wewnątrz wygłosiła moja mama (nauczyciel zawodowo, po godzinach inżynier-konstruktor-dekorator wnętrz-encyklopedia-itd., niestety akurat bez znajomości języka włoskiego), że: grzałka, że ogień… OGIEŃ! OGIEŃ! SKĄD TEN OGIEŃ! PRZECIEŻ TO JEST GRZAŁKA. GRILL ELEKTRYCZNY! Nadmienię, że chaos w wypowiedzi stworzyłam ja, mojej mamie jakoś składniej to wyszło. No nic.

W tym miejscu właśnie pojawiło się rozróżnienie definicji ognia i tłuszczu w języku polskim i włoskim… A raczej dla świata rzeczywistego oraz dla teścia. Otóż, moi mili, te pomarańczowe języki buchające do sufitu, gorące i przerażające to właśnie tłuszcz. Należy zachować spokój i kontynuować grillowanie jak gdyby nigdy nic. Uśmiechamy się, panowie, uśmiechamy.

Vi na szczęście zaczął się zastanawiać… Argumenty nasze miały sens większy od tych teściowych, a Vi – jak się okazuje – chyba stosuje polską <ogólnoświatową> definicje ognia. Co więcej w ostatnim czasie zdobyłam sobie pełen zachwyt i nieskończone zaufanie mojego fidanzato, który przekonał się, że niestraszne mi noszenie opon na plecach, skręcanie huśtawek, malowanie mebli. Nieskromnie powiem też, że to ja lepiej wiem, gdzie podłączyć zasilanie prądu, kiedy padnie. Vitto wciąż wygrywa na polu wodnym… Ciepłowodnym. Ale małymi kroczkami. Zresztą… O tym kiedy indziej.

Później to już sama nie wiem… Ogień buchnął, ja boso przebiegłam klatkę schodową w górę i w dół, a następnie pół podwórka w poszukiwaniu gaśnicy. Bez skutku. Wniosek: następnym razem wraz z grillem (węglowym, jeżeli jeszcze kiedykolwiek w życiu wpadniemy na pomysł zakupu grilla), zamówimy od razu gaśnicę. Albo dwie… Ewentualnie z siedem - zależnie od towarzystwa do wspólnego grillowania.

Biegając po schodach, wyobrażałam sobie jak wszyscy będziemy ewakuować się z mieszkania (kot, dzieci, Babcia, a przecież: „w razie pożaru, nie używaj windy”) i jak zaalarmujemy sąsiadów… Zastanawiałam się też, co powiemy właścicielom mieszkania, którzy kilka dni wcześniej zachwycali się, że traktujemy je jak swoje.
O, już wiem: „we własnym też kupilibyśmy grilla”.

W każdym razie: gaśnicy nie znalazłam. Kiedy wróciłam do mieszkania sytuacja była już „pod mokrymi ręcznikami”. Grill zrobił „jiiiiii” (tak wyobrażam sobie dźwięk pisku), wydał ostatnie tchnienie i dokonał swego żywota, osuwając się powoli na  stopionych nóżkach. W pożegnaniu uczestniczyło wszystkich dziewięć osób, wznoszących okrzyki do grilla i do ognia, żeby dał se wody. Dołączyły też dzieci i kot. Jak na tak krótki żywot, odejście z pompą (na szczęście nie strażacką). Po nieszczęśniku zostało tylko kilka czarnych plan po stopionym plastiku.

Mięso z grilla co prawda pozostało niemalże nietknięte, za to po ognisku tarasowym wzrosła liczba zwolenników wina. Jedynie tata Vi dojadał to, co usmażył na pomarańczowym tłuszczu. Przedstawił nam w międzyczasie swoją filozofię życiową, która głosi, że: „u siebie na tarasie nie grilluje bo boi się, że mu wybuchnie pożar”. [Sic!] Teorię przetestował na naszym, no i cóż – trzeba mu przyznać rację. Okazało się, że teściu pracował też w straży pożarnej przez jeden piękny rok swojego życia. Cytując teściową: na szczęście nie zrobił tam kariery.

O dziwo, sąsiedzi nie zareagowali ani na ognisko, ani na tańce i śpiewy nad ogniskiem („ręcznikiem go, ręcznikiem!” i ręcznik – trach), ani na hałasy… Kompletnie pochłonięci własną rzeczywistością. Gdyby ognia nie udało się szybko ugasić, to w akcie desperacji komuś zaświtał pomysł wyrzucenia go przez balkon. Wtedy na pewno trzeba byłoby wezwać straż ogniową, ale to prawie jak telefon do przyjaciela. Znają już nas, naszych sąsiadów i cały budynek. A i teściu spotkał by swoich kumpli po fachu, uścisnął by sobie dłonie: „i ja byłem kiedyś strażakiem… teraz jestem po drugiej stronie”.

Przyjechali Polacy i rozpalili ognisko na tarasie. Główny podpalacz pochodzi z Neapolu. Testował hipotezę, czy przy grillu na tarasie wybuchnie pożar. Grill nie przetrwał stress testu. Poległy również ręczniki.


Koniec.

Komentarze