O szopce w Neapolu, ósmym grudnia i trochę o złośliwym komputerze
Oj, nie mogłam znaleźć chwili, żeby usiąść i trochę popisać,
a przecież jest (i cały czas było!) o czym. Nic to, już jestem. Siedzę i
jestem. Jestem i siedzę. Siedzę, jestem i piszę.
Jest też mój komputer. Był niby i wcześniej, ale chyba tylko
fizycznie i to w bardzo słabej formie. Dusza jego uleciała dawno temu,
pochłonęły ją siły nieczyste, a komputer duszy pozbawiony ledwo zipał i
zupełnie nie mogliśmy się dogadać. Nie było woli współpracy - najpierw z jednej
strony (nie mojej bynajmniej), a potem z obu (jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie) i
częściej wymienialiśmy pod swoim adresem obelgi (ja: ty skur*****u, zamienię Cię na lepszy model, jeżeli zaraz nie zaczniesz
działać, on <w najlepszym przypadku>: brak odpowiedzi), robiliśmy sobie na złość (ja: jak nie zaczniesz działać, to ci przywalę,
on: aktualizacja systemu, nie wyłączaj
komputera. A godzinę później: aktualizacja
systemu, 4%, masz za swoje ty głupia właścicielko, ha ha ha).
W skrajnych
przypadkach dawaliśmy sobie po ryju – on mi metaforycznie (skasuje Ci wszystkie notatki do egzaminu, ty skretyniała zołzo
albo: pożegnaj się ze swoim tekścikiem na
bloga, powiedz baju baju, maleńka), ja jemu… Mniej metaforycznie, co do
pewnego momentu budziło nawet protesty Vi. Pewnie dlatego, że przez pewien czas
komputer nie działał pod moimi palcami i tajemniczo ożywał, kiedy tylko zbliżał
się do niego Don Vito. Magiczne palce. Męska solidarność. Żałosna próba
przypodobania się swojemu obrońcy. Zwał jak zwał, skończyło się jak Vi wysiadła
cierpliwość. W przeciwieństwie do mnie nie krzyczał, nie płakał, nie klął i nie
rzucał się, umierając w mękach oczekiwania, kiedy komputer przez 40 minut wyrzucał z
siebie plik wordowy lub przez 20 minut międlił i międlił, żeby otworzyć dla
mnie eksplorator plików w 77 oknach. Łatwo być cierpliwym, kiedy podłe
urządzenie nie należy do ciebie i dać w metaforyczny ryj nie wypada, a
otwieranego pliku nawet nie umiesz poprawnie przeczytać. Nieważne, cierpliwość Vi wreszcie się wyczerpała i to on ostatecznie przeprowadził operację formatowania.
Chwała mu za to, bo z moją cierpliwością, a raczej jej brakiem…
Tak więc, komputer wcześniej działał głównie (jedynie [sic!])
na moje nerwy, a teraz działa po prostu. Ip ip ura! Współpracujemy, istnieje pewna szansa na naprawę stosunków, może
na nowo się polubimy. W przyszłości, teraz jest na to za wcześnie. Jest jednak widoczny
postęp, nie mam już ochoty rzucić nim o glebę, siedzę spokojnie i uderzam
palcami w klawiaturę. A to co ja wklepię zaraz ukazuje się moim oczom na
ekranie i jest to zjawisko budzące mój zachwyt. Nie kłamali ci, co sprzedawali
mi bajkę o tym, że komputer wcale nie potrzebuje 8 sekund na przemyślenie który
klawisz wcisnęłam (oraz czy ten, który mu się podoba) ani kolejnych 8 sekund na
wprowadzenie danej w dokument. Bajka wcale nie była bajką.
Co więcej, okazało
się, że komputer brzmiący jak lodówka aspirująca do roli samolotu szykującego
się do startu to komputer (nikomu nie ubliżając), któremu się najzwyczajniej w
świecie pomieszało. Nie stykają zwoje czy coś. I z kim jak mieszkałam pod
jednym dachem?! I to ile czasu!
Tyle słów już z siebie wyrzuciłam i co? No nic właśnie!
Piszę i piszę, i komputer też pisze… Tak to można prowadzić nawet siedem blogów,
a nie tylko jednego!
Nadrabiając zaległości, zapełniając dziury waszej niewiedzy
spowodowane moim zaniedbaniem (powiedzmy), zacząć musimy - jak Bozia przykazała
- od początku. Wróćmy zatem do 8 grudnia i jeszcze raz poczujmy magię
nadchodzących świąt.
Ósmego grudnia we Włoszech obchodzi się Immacolata Concezione, Święto Niepokalanego Poczęcia. Chociaż „obchodzi
się” to delikatne nadużycie. Dzień ten jest co prawda ustawowo wolny od pracy,
mówi się o nim „8 grudnia”, ale co to za święto dowiedziałam się dopiero z
wikipedii (specjalnie, żeby zabłysnąć przed wami)… Dla Włochów 8 grudnia to oficjalne
rozpoczęcie okresu świątecznego. I tyle. Jedni mają Mikołajki, inni Niepokalane
Poczęcie. Co za różnica. A jak świętuje się to drugie? To przecież jasne:
odkurza się ozdoby świąteczne, zawiesza światełka na balkonach i ulicach miast,
ubiera choinkę. Żadnych mszy, żadnego wyjścia do kościoła. Za to szarża na
sklepy z bombkami i choinkami – jak najbardziej tak.
Dzień ten – szczęśliwie dla nas – wypadł w piątek.
Spontanicznie postanowiliśmy więc pojechać na długi weekend do Neapolu. No
dobrze, dobrze – spontanicznie, ale z umiarem. Postanowiliśmy w poniedziałek,
wyjechaliśmy w czwartek. Szczyt spontaniczności na jaką jesteśmy w stanie się zdobyć:
ja i moje zamiłowanie do planowania. Vi zdobyłby się na więcej bez większego
problemu. Ale ma mnie i nie może. Biedak.
Neapol jak to Neapol. Atmosfera świąteczna mało odczuwalna. Może
to te 13 stopni i słońce. Rimini - jeszcze lepsze. Dzień po naszym powrocie
termometr wskazywał 17 stopni. Jako że było mi za gorąco nie tylko w czapce i w
szaliku, ale również w kurtce, wierzę, że taki wynik nie był pomyłką źle
działającego urządzenia. A potem przyszła wichurka.
Za taką temperaturą zawsze idzie wiaterek – ciepły i silny.
Na tyle, że zwiewa mnie z chodnika. Wtedy szybko – zupełnie niecelowo –
zygzakiem wracam do domu, żeby uniknąć zderzenia z samochodem czy też rozbicia
się na drzewie. Z tarasów i balkonów odfruwają meble, to też gdy już się
zygzakuje z powrotem do bezpiecznych czterech ścian warto mieć oczy i uszy
szeroko otwarte, żeby przypadkiem nie oberwać kawałkiem oparcia czy - nie daj
Boże - nogą od stołu. Fruwają też ubrania, bo jak pamiętamy, suszymy je na zewnątrz
niezależnie od pogody, inaczej zagrzybi nam mieszkanie. No więc ch** z tym,
niech odlecą. Tutaj jednak kolejna cenna lekcja: nawet podejmowanie tak
ekstremalnego ryzyka, jakim jest pozostawienie ubrań na pastwę zjawisk
atmosferycznych, nie gwarantuje zdrowia i spokoju. Aktualnie walczymy z grzybem
w łazience, który rośnie i rośnie… Niestety nie tylko w oczach. A pani
administratorka osiedlowa jest na wakacjach, które się wydłużają i wydłużają…
Niestety nie tylko na papierze.
W tym mało świątecznym Neapolu jest pewne miejsce, które
utrzymuje atmosferę świąteczną przez cały rok. Neapol ma uliczkę szopek, San Gregorio Armeno. Czy to w lecie (45
stopni), czy to zimą (13 stopni), obejrzeć tam możecie il presepe, szopkę włoską.
A tak naprawdę zobaczycie tam wiele szopek. Osiągają różne
rozmiary – od maleńkich aż po ogromne sięgające na wysokość 2 metrów. Niektóre
składają się z zaledwie kilku postaci: Jezusek, Maryja, Józef, trzej królowie,
anioł… Są też takie, w których dookoła żłóbka gromadzi się tłum pastuszków, a w
okolicznym domku kobieta wyciąga chleb z buchającego ogniem pieca, mężczyzna
łowi ryby w pobliskim stawie, zarzucając wędką raz po raz. Niektóre są
tradycyjne – nieruchome i nieoświetlone, ale są i takie, w których postaci
ruszają się (kobieta naprawdę wyciąga chleb, a ogień bucha czerwonym światłem)
i każda z nich jest podświetlona osobnym światełkiem. Niezależnie od tego czy
bardziej, czy mniej imponujące, wszystkie są wyjątkowe, gdyż każdy ich element
wychodzi spod rąk człowieka. Wchodząc w bramę jednego z budynków na tej ulicy
zobaczycie małe warsztaty, a wewnątrz mężczyzn pracujących nad szopkami.
W sklepach kupuje się podstawę szopki, czyli krajobraz, a
następnie już osobno dokupuje się postaci. Tak każdy tworzy własną
niepowtarzalną szopkę. Dla Włochów posiadanie w domu presepe to tradycja starsza niż posiadanie choinki, pochodzi z XIII
wieku. Neapol pozostaje włoskim centrum szopki, należy mieć ją w domu, a im
większa, tym lepsza. Gdzieniegdzie nawet sąsiedzi przeprowadzają pomiędzy sobą
konkursy na najpiękniejszą szopkę. Piękne jest to, że choć szopkę rozstawia się
podobnie jak choinkę, w okolicach 8 grudnia, to Jezus pojawia się w żłóbku
dopiero pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia.
Choć może w mniejszym stopniu niż w Neapolu, jednak tradycja
utrzymuje się w całym kraju. W większości miast i miasteczek na jednej z
głównych uliczek znajdziecie chociaż jedną zadbaną całoroczną szopkę.
Ale jak świat idzie do przodu, tak unowocześnia się i
szopka. W tym roku jedna z największych jakie widzieliśmy składała się z
postaci ze Star Warsów… Natomiast od dawna już obok Maryi i Józefa na półkach
sklepowych stoją papieże, ale też chociażby król włoskiego futbolu - Maradona.
Łatwo się domyślić, że miejsce takie jak ulica szopek jest
jednym z najbardziej turystycznych miejsc na mapie Neapolu, w szczególności w
okresie świątecznym. Uliczka jest wąziutka i łatwo w niej o korek. Sprytni
Włosi wymyślili w związku z tym, że będzie to uliczka z ruchem jednokierunkowym.
Dla pieszych oczywiście, bo żaden samochód by tam nie wjechał. Gdzie tłum, tam
chaos, nakazu poruszania się w jedną stronę niewiele osób przestrzega, a choć
uliczka w rzeczywistości ma może z 500m długości, utknęliśmy w niej na dobre pół
godziny.
Co kilka minut w tłumie rozlegało się głośne „attenzione, attenzione”, w oddali
pojawiała się wysoko uniesiona ręka z tacą. Tłum rozstępował się, uwaga, uwaga, coraz bliżej… Mijał nas
kelner z pobliskiego baru niosący na tacy espresso do jednego ze sklepów, tłum
zbijał się z powrotem blokując ulicę i ponownie rozstępował się na kolejne „attenzione, attenzione” dochodzące z
oddali.
Bardzo jestem ciekawa czy w Warszawie taka technika miałaby szansę
zadziałać. Myślę jednak, że brak nam powszechnie funkcjonującego przekonania, że
dzień bez pięciu espresso jest dniem straconym. I empatii w postaci prostej myśli, że „mnie by
się przydało espresso, lepiej się rozstąpić, może komuś to piąte espresso
uratuje dzień”.

















Komentarze
Prześlij komentarz