Anegdoty (nie zawsze) językowe: Bozie, Bozie, ale fajnie!
Święta w Zakopanem, Vi w otoczeniu polskojęzycznym wykazał
się zdolnościami językowymi w stopniu, o jaki go nie podejrzewałam. W niecałe
dziesięć dni zrobił postęp, że ho ho ho (cytując Świętego Mikołaja). Oprócz tego, że kontekstowo łapie o czym mówimy, to jeszcze sam próbuje sklecać zdania, komibinując przy tym z przypadkami i negacjami. Czasem wychodzi naprawdę
nieźle, a czasem… Naprawdę zabawnie.
***
Oglądamy telewizję, na ekranie pojawia się szanowny pan
prezydent, a Vi próbując zabłysnąć
znajomością polskich realiów politycznych, po krótkiej chwili zastanowienia
wypala:
- Dupa.
Na twarze wszystkich obecnych wypływają uśmiechy. Nikt nie zaprzecza. Są fakty,
których nie da się ukryć i są one (nie)stety niezależne od języka. Vi czuje,
że nie do końca trafił i próbuje się poprawić:
- Duża.
Radość. Nic dodać, nic ująć, a to przecież nie z polskich ust padły te słowa i nikt pretensji mieć nie może. Adrian
dostał w te święta nowy pseudonim. Dwuczłonowy. Tylko kolejność zmieniliśmy - zgodnie z zasadami gramatyki.
***
Obiad, obiad, a po obiedzie... Zmywanie. Podczas zmywania
fajnie sobie pośpiewać. I to najlepiej nie we własnym języku, w jakimś
egzotycznym, którego (powiedzmy) próbujemy się nauczyć. I tak oto moja mama
przyłapała Vi na podśpiewywaniu pod nosem:
- Bozie, Bozie, ale fajnie…
Ta prosta piosenka stała się hitem (pewnie właśnie ze
względu na swoją prostotę i uniwersalizm) i sposobem na podsumowanie sytuacji.
Bozie, Bozie, ale fajnie.
Punto.
***
Najbardziej podoba mi się fakt, że mój fidanzato z powodzeniem uczestniczy w konwersacjach toczących się w
języku polskim, a przez wypowiadane przez niego słowa w pełni przebija – jasno
niczym Gwiazda Betlejemska – jego osobowość. Z wrodzoną skromnością na czele.
- X jest inteligentny. – pada stwierdzenie przy stole.
- Ja też jestem niegłupi. – bez większego zawahania
odpowiada Vi ze swoim olśniewającym uśmiechem od ucha do ucha.
***
Vi ma też rękę do bogacenia się. Ze świąt wrócił z nową
czapką. To znaczy… Nie do końca nową…
Prawda powszechnie znana jest taka, że Vi jest człowiekiem,
który potrafi zgubić wszystko i wszędzie. Przerobiliśmy już kartę kredytowa wyrzuconą, a
następnie wygrzebaną przez niego własnoręcznie z osiedlowego śmietnika. Były
klucze zacięte:
- w pracy razem z identyfikatorem, który pozwoliłby mu się
do tej pracy dostać,
- w samochodzie zamkniętym w garażu razem z kluczem do owego
garażu,
- był też przypadek, kiedy to Vi razem ze swoim przyjacielem
Brazylijczykiem (tym, co przyleciał na jego urodziny o tydzień za wcześnie)
zacięli w mieszkaniu Belga jego jedyne klucze… A potem okazało się, że Vi miał
je w kieszeni przez całe godziny, które spędzili pod budynkiem, zastanawiając
się co dalej.
I był plecak z całym dobytkiem, który Vi bezstresowo
zostawił wraz z całą zawartością w restauracji podczas jednej z naszych
pierwszych randek.
Nic więc dziwnego, że kiedy mój tata zobaczył na stacji
benzynowej leżącą na ziemi mokrą czapkę, od razu zapytał:
- Vi, to nie twoja?
Vi się przyjrzał. Ja zresztą też. On nie był pewien. Ja też
nie. Zgodnie uznaliśmy, że skoro tam leży i moknie i Vi też moknie - bez
własnej czapki na głowie - to jest duże prawdopodobieństwo, że tata ma rację. Im dłużej przyglądaliśmy
się tej czapce, tym bardziej nabieraliśmy przekonania (ku ogólnej uciesze
wszystkich obserwujących), że to czapka należąca do Vi. Schował ją w końcu do kieszeni
zadowolony, że udało się zapobiec kolejnej zgubie i pojechaliśmy dalej. Komu w
drogę, temu czas.
Na drugi dzień, wyciągając bagaże z samochodu, Vi znalazł
swoją oryginalną czapkę i z radością pokazał mi ją, mówiąc:
- Zobacz, jednak jej nie zgubiłem!
(Teraz już może sobie pozwolić na jej zgubienie, drugą ma w zapasie.)
Natomiast parę dni później na spacerze po Zakopanem Vi
znalazł na ziemi rękawiczkę. Bez wahania podniósł ją i kierując słowa do mojego
taty, zapytał:
- Zobacz, rękawiczka. Czy to nie Twoja?
Śmichu, hichu. Nikt nie miał wątpliwości, że lepiej będzie,
jeżeli to Vi weźmie znalezioną rękawiczkę. Na pewno gdzieś znajdzie się przypadkowo
zagubiona osamotniona druga rękawiczka – może nie do pary, ale co za różnica,
skoro i tak żadne z nas jego rzeczy nie rozpoznaje… Będzie miał chłopak trochę
luzu nie tylko z czapką, ale i w kwestii rękawiczek.
A już w Warszawie Vi przyszedł do mnie, zachwalając czarną
suszarkę. Taka mała i fajna na podróż. Po dokonanej prezentacji (żeby nie
powiedzieć: promocji), przyznaję - rzeczywiście fajna. Ale nie nasza.
Przeprowadziłam wywiad – znalazł ją.
- Gdzie? Na ulicy? – Chyba nie udało mi się ugryźć w język
wystarczająco szybko.
- W szafce, w łazience!
Rzeczywiście. Mamy teraz w łazience małą czarną suszarkę
niewiadomego pochodzenia. Rodzice zdziwili się jeszcze bardziej ode mnie.
Jeżeli komuś zaginęła, numer znacie. Jeżeli zwinęliśmy z hotelu, to bardzo
przepraszamy… Chyba, że z Zakopca sprzed roku. Jeżeli od tej pani, u której Vi
(kolejna historia) zostawił rok temu nowiuteńkie perfumy, co zaraz po naszym
wyjściu dostały nóg, to… Szanowna Pani, oliwa sprawiedliwa.
***
W Sylwestra przy okazji sprzątania mojego pokoju znaleźliśmy
coś należącego do mojego brata. Zachwycona postępami Vi w języku polskim,
wysłałam go, wydając bardzo powoli instrukcję:
- Powiedz M***: znajdź miejsce.
Vi powtarzał sobie na głos wychodząc z pokoju:
- Powieź, Michał, znaź miejść. Powieś, Michał, znaś miejś, itd.
Skróciłam zatem instrukcję do: „znajdź miejsce”. Krótsze
znaczy prostsze. Pokój młodego znajduje się zaraz obok mojego, uznałam, że na
takim dystansie nic się wydarzyć nie może. W moim pokoju słowa Vi brzmiały
mniej więcej tak jak powinny. A potem usłyszałam wymianę (powiedzmy) zdań
pomiędzy chłopakami.
- Znaź, śmie.
- Eeee?
- Znaź śmiee.
- What?
- Znaź śmieć!
W tym miejscu postanowiłam uratować Vi (umówmy się, to już nie
miało szans się udać) i krzyknęłam od siebie to, czego Vi nie udało się
przekazać. Wrócił na tarczy, usprawiedliwiając się, że to było trudne. Zgoda,
było… Mówimy o języku polskim. Vi, zakończył temat, mówiąc:
- Twój brat, pokazał mi, że mam się popukać w czoło.
Ubawił się, kiedy przetłumaczyłam mu tego śmiecia.
***
A na deser anegdotka znana i lubiana.
Do pierwszego spotkania mojej Babci i Vi doszło z okazji
moich urodzin. Był to czas, w którym Vi nie był w stanie wyrzucić z siebie ani
jednego zdania brzmiącego po polsku. Babcia, z kolei, mówiąca wyłącznie po
polsku, miała ochotę uciąć sobie pogawędkę z Vi. No więc gawędziła
nieprzerwanie. Po polsku. Vi szukał wsparcia, ja starałam się robić za
tłumacza. Kombinował jak mógł, kiedy przychodziły momenty takie, że akurat nikt
nie mógł mu pomóc.
Wreszcie przyszedł czas na toast - za moje zdrowie, w końcu
to moje urodziny. Babcia, chcąc nawiązać kontakt, przemówiła prosto w kierunku
Vi, wznosząc kieliszek:
- Babcia Jola!
Vi uznał, że to nic innego jak forma toastu. Nie szukał
tłumacza, po prostu wzniósł swój kieliszek i zakrzyknął wesoło w odpowiedzi:
- BABCIA JOLA!
Tak już zostało. Już od dwóch lat w gronie rodzinnym
wznosimy tradycyjne toasty słowami: BABCIA JOLA!

Komentarze
Prześlij komentarz