O straży pożarnej, stałych bywalcach naszego bloku


Dzwoni domofon.

- Pronto? – mówię, odczekując uprzednio dwie sekundy.
Vi wytłumaczył mi ostatnio, że po podniesieniu słuchawki mówiłam zbyt szybko, zamiast mojego „pronto” do uszu rozmówców docierała sama końcówka: „to!” i ponoć dlatego odkrzykiwali „pronto!”. (Pisałam o tym tutaj.) Teraz zanim odezwę się do domofonu, konsekwentnie odliczam dwie sekundy i rzeczywiście – komunikacja przez domofon idzie mi sprawniej.
- Cześć, tu chłopak z pierwszego piętra, czy jest Vincenzo?
- Vincenzo tu nie mieszka. – odpowiedziałam rezolutnie – Może Vittorio? – dodałam, a w po głowie krążyły mi dwie piosenki: polska „Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka” i włoska „Laura non c'è” (Laury nie ma).
- Vittorio, tak, Vittorio! – w głosie chłopaka-z-pierwszego-piętra więcej było radości z tego, że podpowiedziałam mu właściwie imię niż zakłopotania w związku z tym, że nie trafił za pierwszym razem. – C'è Vittorio? (Jest Vittorio?)
- Vittorio non c’è. – kontynuowałam dumnie żonglując cytatami z piosenek.
- Jestem chłopakiem z pierwszego piętra. – mhm, robiło się ciekawie, zaczęłam się zastanawiać ile razy zamierza powtórzyć tę informację. – Może mówił ci o mnie? – oczywiście, że mówił… I to z jaką radością. – Powiesz mu, że dzwoniłem?
- Ok, powiem. – to ja.
Postanowiłam dać mu jeszcze chwilę, żeby się namyślił, czy chciałby dodać coś jeszcze… Oczekiwałam konkretnych słów: „nie mam kluczy”. Upewniwszy się, że pomimo kilku sekund ciszy, żadne słowa nie padają, kulturalnie się pożegnaliśmy.

***

Około dwóch miesięcy temu przydarzyła nam się pewna historia. Otóż pewnego pięknego dnia wybraliśmy się samochodem na zakupy. Wyszliśmy z mieszkania razem. Uznawszy, że nie ma po co brać dwóch kluczy, skoro można jeden (o jaka byłam naiwna), swoje klucze zostawiłam w mieszkaniu. Zakupy się udały, wróciliśmy, wypakowaliśmy je z samochodu, następnie Vi wstawił samochód do garażu i zamknął go [garaż]. Po chwili ewidentnego wysiłku umysłowego Vi podszedł do mnie z miną człowieka pożeranego wyrzutami sumienia, człowieka winnego, który właśnie zrobił coś bardzo, ale to bardzo głupiego.

Ku moim uszom popłynęły jego słowa:
- Kochanie, tylko się nie denerwuj.
Oczekiwałam w ciszy.
- Zaciąłem klucze w garażu.

W ten sposób utknęliśmy pod klatką z siatami pełnymi zakupów. Niestety wśród naszych zakupów tego dnia zabrakło jedynej rzeczy, która w tamtej chwili mogła rozładować napięcie… Wina. Ze względu na brak lepszych pomysłów, Vi obdzwonił wszystkich, którzy przyszli mu do głowy. Pośredniczkę mieszkań, która znalazła nam mieszkanie. Nie odebrała. Właścicielkę mieszkania. Nie odebrała. Męża właścicielki. Nie odebrał. I jeszcze raz wszystkich po kolei. Bez skutku, nikt nie odebrał. Nie było wyjścia, pozostał nam tylko krok ostateczny. Vi wybrał numer straży pożarnej, vigili del fuoco.
Swoją drogą, aż do tamtego dnia nie mogłam zapamiętać jak są po włosku strażacy. Na szczęście mój fidanzato wie, że najlepiej uczyć się przez praktykę i robi wszystko, żeby umożliwić mi skuteczną naukę. W tej chwili „vigili del fuoco” to jedno z najlepiej przyswojonych przez mój mózg słów (lub zlepków słów) włoskich. Zaraz obok „dimenticare”.

Gdy straż pożarna była w drodze, mieliśmy przyjemność poznać sąsiadów mieszkających nad nami. Było im nas tak żal, że nawet zaprosili nas do siebie. Na wizytę szczególnie nalegała 4-letnia na oko dziewczynka, oferując nam ciastka i wspólną zabawę. To było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie z sąsiadami. Nie tylko tymi z góry… Jakimikolwiek.

Skorzystałam z otwartych drzwi na klatkę, usiadłam sobie na schodach razem z siatami, wyciągnęłam jakieś orzeszki i zaczęłam zajadać nerwy, których nie mogłam zapić. Oczywiście nie odmówiłam sobie oświadczanie uprzednio Vi, że niech się sam wstydzi swojego gapiostwa i że ja się strażakom (jadącym chyba z Rzymu – tyle to trwało) na oczy nie pokażę, bo to wiocha i obciach całkowity.  

W końcu dotarli! Dziękowałam Bogu, że spełnił moje modlitwy i vigili del fuoco zajechali bez nadmiernego hałasu, a na placu zabaw nie było dzieciaków, które zbiegłyby się, żeby obserwować akcję.
Zgodnie ze złożoną obietnicą, nie wychyliłam nosa z klatki. Rozwój wypadków podsłuchiwałam pomiędzy jednym a drugim chrupnięciem. Kiedy panowie strażacy zapytali czy mamy jakiś dokument potwierdzający adres zamieszkania, np. umowę, mój wrodzony optymizm podpowiadał mi, że to już koniec. Momentalnie ukazała mi się wizja nocy spędzonej na klatce schodowej. Tymczasem – ku zaskoczeniu wszystkich – Vi, sprawca całego kłopotu, który zaciął klucze do mieszkania i garażu w samochodzie, który zaciął w garażu, wyciągnął z kieszeni spodni umowę najmu. W szoku, nie zapytałam nawet dlaczego ją tam miał. Szczęśliwie dla nas, umowa była i wystarczyła, żeby strażacy przystąpili do akcji. Otwarcie garażu trwało może dwie minuty. I było po sprawie.
Mnie ukrywającej się w środku nikt nie dojrzał. Panowie żegnając się z Vi polecili się na przyszłość i pocieszali Vi, że zacięte klucze to ich codzienność i żeby w ogóle się nie przejmował. Ze względu na czas oczekiwania i temperaturę na klatce, zdążyłam ochłonąć. Vi się upiekło, a mnie trafiła się pyszna kolacja w ramach rekompensaty za koczowanie na klatce bez wina.

Wieczorem oddzwoniali kolejno: pośredniczka, właścicielka i jej mąż. Wszystkie trzy rozmowy podsumuję jednym cytatem: „gdybyście tylko wiedzieli ile razy my byliśmy w takiej samej sytuacji!”.
Trudno było mi w to uwierzyć. Nigdy wcześniej nie spotkałam nikogo, kto byłby zdolny zaciąć własne klucze. Oprócz Vi oczywiście. Jemu zdarza się to w każdym miejscu, w którym mieszka. Ma za sobą kolejno: Belgię, Austrię i Szwecję... Raz udało mu się nawet zaciąć klucze swojego przyjaciela.
Zatem długo długo nic, a tu nagle tylu ludzi naraz oświadcza, że: „nam też się zdarza”. Tajemnica tkwić musi w narodowości. Długo długo nic, a tu – Włosi… I wszystko jasne.

***

Weekend spędziłam w Polsce, po powrocie Vi oświadczył z radością:
- Poznałem sąsiadów z pierwszego piętra!

Okoliczności?
Dziewczyna poszła na siłownię, chłopak wyszedł ją odebrać. Bez kluczy. I tak oto utknęli pod klatką, dokładnie tak jak my dwa miesiące temu. Ona była wściekła, on wykazywał się fantazją i odwagą godną super-bohatera. Wymyślił, że wespnie się po drabinie na swoje pierwsze piętro i wyważy drzwi balkonowe. Do realizacji tego projektu potrzebna była jednak drabinie – i tu na arenę wkroczył Vi. Z jednej strony zarzeka się, że sugerował telefon do strażaków zamiast błyskotliwego planu z drzwiami balkonowymi, z drugiej jednak zaprosił sąsiadów na górę i szukał drabiny…

Oficjalne zakończenie historii głosi, że jednak zadzwonili po strażaków. Może wygrał (damski zapewne) głos rozsądku. A może to kwestia tego, że my po prostu nie posiadamy drabiny.


Wracamy do miejsca, w którym domofonem zadzwonił chłopak-z-pierwszego-piętra. Może chciał podziękować za brak drabiny, a może liczył na to, że Vincenzo wpuści go do klatki. A tu lipa, bo Vincenzo non c‘è.


Tak czy siak, już wierzę, że zacinanie kluczy jest praktyką niemalże codzienną. Tymczasem vigili del fuoco muszą mieć doskonałe zdanie o mieszkańcach naszego bloku. Mam dowody na to, że cztery mieszkania (łącznie z naszym) są zamieszkane, jak jest z resztą nie jestem pewna – możliwe, że stoją puste. W takie sytuacji wszystko wskazuje na to, że 50% mieszkańców nie wykazuje nadzwyczajnych zdolnościami intelektualnych. Statystki nie stawiają nas w najlepszym świetle. A przecież są jeszcze ci, których nie złapaliśmy na gorącym uczynku…

Pewne jest jedno: straż pożarna w Rimini się nie nudzi.


Komentarze