#MeToo czy #MeNot?



Dzisiaj z innej beczki. Wpiszę się w trend, bo napiszę o tym, o czym piszą (i mówią) wszyscy. Nie mam aspiracji na komentatora zjawisk polityczno-społeczno-socjologiczno-psychologiczno-nie wiem-wiem-jakich-jeszcze. Ale nałożyło się na siebie wiele czynników i czara goryczy się przelała.

Będzie w nawiązaniu do #MeToo. Akcji, której fanką nie jestem.


Nie muszę wam tłumaczyć o co chodzi. Skoro zaglądacie do mnie, to tym bardziej zaglądacie też w inne zakątki internetów. Nie liczę nawet ile przeczytałam tekstów na ten temat, a co mi się wydaje, że burza już nieco ucichła, to ona nie tylko wybucha na nowo, ale uderza ze zdwojoną siłą.


We mnie akcja #MeToo od początku budziła ogromne wątpliwości. Głównie ze względu na to, że zjawisko #MeToo zadziałało na dużą skalę. Wiele moich znajomych użyło tego hashtagu - czy to w geście solidarności z rzeczywistymi ofiarami, czy w celu własnego coming outu (?). Odnoszę wrażenie, że choć niby wszystko działa - temat rzeczywiście jest na agendzie, miało się mówić i się mówi – to cała jego powaga sprowadzona została do liczby hashtagów i (zgroza) polubień… A to nie do końca tak miało być.

Cały czas natomiast zadaje sobie pytanie… Gdzie są granice? I czy one paradoksalnie nie rozmywają się coraz bardziej, chociaż efekt miał być zupełnie odwrotny?
Bo choć my mówimy coraz głośniej (#MeToo), to jest też coraz więcej powodów, żeby nie tylko mówić coraz, ale krzyczeć.


Dziś wybrałam się na spacer na plażę i miałam wątpliwą przyjemność oglądania onanizującego się mężczyzny (?) / zboczeńca.
Żeby wejść na plażę, trzeba przejść przez pas "wejściowy", gdzie w sezonie są przebieralnie, place zabaw i bary. Poza sezonem zabudowa zostaje bez żywej duszy oprócz sporadycznych spacerowiczów. Na ulicy byli ludzie, na plaży też, tylko tam w labiryncie mini-budyneczków akurat nie.
Te zabudowania ciągną się nieprzerwanie i można iść wzdłuż nich, a zarazem wzdłuż morza kilometrami, kryjąc się przed oczami zarówno tych nad morzem, jak i tych na ulicy. Człowieka nie widać.
I ja właśnie w samym środku pięknego słonecznego dnia – kilka minut po południu – szłam sobie na plażę, pooddychać świeżym powietrzem. Minął mnie facet w szarym dresie i kapturze na głowie. Niby nic nadzwyczajnego, jednak zwróciłam na niego uwagę.
No nic. Poszłam, popatrzyłam na morze, zrobiłam zdjęcia, wracałam tą samą ścieżką. I on tam był. Musiał zawrócić, bo kiedy szłam na plażę, on szedł z mojej lewej na prawą wzdłuż morza właśnie. Wracając, mijałam go z lewej, czyli zgodnie z kierunkiem jego spaceru, ale w miejscu wcześniejszym niż to, w które doszedł, kiedy jeszcze miałam go na widoku.
Stał tam, miał w ręku swój sprzęt i się onanizował.

Ot, cała historia. Przyspieszyłam kroku, bo w tamtej chwili pas wydawał mi się nieskończenie szeroki, a serce podeszło do gardła. Ja go widziałam, on prawdopodobnie też mnie widział, a miejsce było tak starannie wybrane, że było nas tam tylko dwoje. Facet był zamknięty w kwadracie bez jednego boku i na tym boku byłam tylko ja.

I nic, uciekłam stamtąd, nic się nie stało…
Ale przecież mogło.


Dużo czasu minie zanim po raz kolejny wybiorę się na spacer na plażę. Ale co mam w takim razie robić?

Cały czas słucham Vi, troszczy się o mnie i ja się o siebie też troszczę, dlatego nauczyłam się nie biegać. W parku niedobrze, nad morzem niedobrze, po ciemku – tym bardziej. Zawsze biegałam wieczorem, taki nawyk. Ciemno robi się o 18… O, pardon. Jest 17:31 i jest ciemno jak w… Nie powiem gdzie. To już nie pora na wychodzenie z domu SAMEJ. Nie biegam.

Ale to dopiero początek historii, bo przecież uczę się też na własnych błędach i wyciągam własne wnioski. Czego jeszcze nie robię? Nie noszę butów na obcasach, nie noszę spódnic ani sukienek, unikam jakiegokolwiek makijażu i coraz częściej rezygnuję z soczewek na rzecz okularów.
Brzmi idiotycznie? Nie wątpię, ale przez pierwsze tygodnia mojego życia w Rimini, byłam zaczepiana przez mężczyzn za każdym (tak, każdym) razem, kiedy wychodziłam z domu bez Vi.
Z początku nawet miło było słyszeć, że „piękna”, „cudowna”, itd., bo w Polsce należę raczej do kategorii „transparentna” lub – mniej delikatnie – „przeciętna”.
Czerwone światełko zapaliło się po raz pierwszy, kiedy w drodze do domu podążał za mną niejaki Sergio, który bardzo chciał postawić mi drinka i za żadne skarby nie dawał za wygraną. Na wszelki wypadek minęłam własny budynek, a on tak za mną jechał i jechał, nie przyjmując do wiadomości, że a) non parlo italiano i inglese no no b) nie jestem zainteresowana c) mam w uszach słuchawki i udaję, że go nie widzę. Twierdził, że zwyczajnie „non c’e problema.” i jechał za mną dalej.

Włosi mają teorię, że jeżeli kobieta (lub dziewczyna) jest piękna, to trzeba jej to powiedzieć. Podobno wynika to ze statystyk. Kobiet jest mniej niż mężczyzn, więc ci drudzy nie mogą pozwolić sobie przegapić jakiejkolwiek okazji na… No właśnie, na co? Flirt? Seks? Nie wiem co miałoby być dalej. Jaki jest dalszy ciąg znajomości zawartej na ulicy? Gdzie się ją kontynuuje? Dlaczego tak ciężko zrozumieć, że ja nie jestem zainteresowana?
Oni są, a ja przekonuję się o tym każdego dnia. Wbrew własnej woli.

„Piękna”, „ładna pupa”, „gratulacje”, „porozmawiajmy”, „postawię ci drinka”, „dokąd idziesz?”. 
Nie odpowiadasz? Nie szkodzi, pójdę za tobą.

Tak więc po kolei zrezygnowałam ze wszystkiego, co moim zdaniem mogłoby przyciągać uwagę. Ale co dalej? Przecież na łyso się nie ogolę, a to jedyne rozwiązanie, którego jeszcze nie wypróbowałam. 


#MeToo?
Sama nie wiem. Nie mam potrzeby jednoznacznej klasyfikacji: #MeToo czy #MeNot. Ale niepokoi mnie to. Skala zjawiska przeraża mnie i przerasta. I w tym momencie nie mam już namyśli hashtagów, ale – samcze zachowania.
Pomału pozbawiam się życia, bo siedzę w domu, żeby nie kusić losu. Pozbawiam się – subtelnych w moim wydaniu – atrybutów kobiecości jak szminka na ustach czy buty na obcasie. Ale coś za coś (poczucie bezpieczeństwa kosztem kobiecości), więc bez Vi już ich nie założę. Po co mi to? Nawet, kiedy wychodzę w dresach, i tak słyszę: "gratulacje, bella." 
W zasadzie nic złego mi się nie dzieje, prawda?


I znowu: co dalej?!


Co z dziewczynami, które nie mają przy sobie chłopaków? Albo mają, ale takich, którzy powiedzą: „nie przesadzaj”, „odwagi”. To nie kwestia odwagi, tylko znalezienia się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu.
Koleżanki? Unikają chodzenia wieczorami bez towarzystwa… „Nie jestem bezpiecznie wracać samej wieczorem.” A do domu wrócić trzeba – z zajęć nawet. „Podoba ci się Rimini?”, „tak, ale to nie jest miasto, w którym kobieta może czuć się bezpieczna.”  

W parku grupa chłopaków jarających marihuanę siedzi 24/7. Mają dwa stałe miejsca – jedno widzę z okna, drugie jest przy wejściu do parku i mijam ich, kiedy idę do centrum.
Mężczyzna z plaży… Niby dlaczego miałabym nie spotkać go ponownie?


Głośna sprawa gwałtu na Polce w Rimini zdarzyła się na plaży w środku nocy, a na dodatek nie w samym Rimini, tylko w kurorcie obok. Tak tu się o tym mówi.
Wystarczy nie chodzić na plażę nocą i wszystko będzie git. Ja bym dopisała jeszcze kilka punktów do tego przepisu na unikanie nieszczęśliwych zdarzeń losowych… Wystarczy nie chodzić na plażę. Nigdy. Wystarczy nie chodzić przez park. Wystarczy unikać mężczyzn, kiedy nie ma się przy sobie własnego. Ale zaraz, ta Polka była z mężem… A więc zmodyfikujmy ten punkt do: wystarczy unikać mężczyzn, kropka.
Najlepiej w ogóle zamienić się w mężczyznę… Z gazem pieprzowym w kieszeni.

Nie da się? Rzeczywiście, trochę odleciałam. No nic, dziewczyny. W takim razie siedźmy w domu, a jeżeli już musimy wyjść zrobić zakupy, to okutajmy się na wszelki wypadek w szaliki, kocyki i inne czapeczki. Trampusie do tego, żeby niechcący nie wyszło sexy… Może pomoże.

A jak nie? Zawsze zostaje hashtag #MeToo. Przynajmniej będziemy mogły czuć się częścią elitarnego grona zsolidaryzowanych.


Czuję straszliwą złość na mężczyzn.
Za to, że moje poczucie bezpieczeństwa jest w dużej mierze uzależnione od tego czy chłopaki z parku nie stwierdzą, że: o dzisiaj właśnie mają ochotę się zabawić. Może być cudzym kosztem.

Czuję też uzależnienie. Tu zupełnie niechcący oberwie się mojemu chłopcu, któremu w rzeczywistości nic oprócz rąk na szyję zarzucić nie mogę. Ale czuję się od niego zależna i to mi się nie podoba. Doszło do tego, że potrzebuję jego obecności, żebym mogła bez poczucia zagrożenia poruszać się po mieście, nie martwiąc się czy koleś z fiutem w dłoni nie wystartuje w moim kierunku. Doszło do tego, że jeżeli zabraknie czegoś w lodówce po godzinie 20, to ja jednak poczekam, żebyśmy do sklepu wybrali się we dwoje. Bynajmniej nie z powodów romantycznych


Potrzebuję mężczyzny, żeby prowadzić normalne życie. Potrzebuję go obok, żebym mogła spokojnie wybrać się pobiegać [sic!].
A to wszystko w XXI wieku w kraju multi-kulti, któremu jednak do islamu daleko. „Nie chodź sama po ciemku” i „nie prowokuj krótką spódniczką”, żeby wątpliwe #MeNot nie zamieniło się w zdecydowane #MeToo. Takie mamy realia.  

Komentarze