Trafimy kiedyś na dobrego kokosa
Kokos chodził mi po głowie, gdy tylko wraz z moimi rzeczami
dotarłam do Włoch i z Vi poszliśmy na pierwsze zakupy. Gdzie byśmy nie byli –
czy to supermarket czy mały lokalny sklepik – na stoisku z owocami zawsze był
kokos... Kokosy. Bardzo dużo kokosów... A ja jeszcze nigdy prawdziwego kokosa nie
jadłam. (Nieprawdziwego też nie, jadłam tylko wiórki kokosowe.) Kiedy
zobaczyłam je po raz pierwszy, przeszłam obok, udając obojętność. Zresztą na tamtym etapie rzeczywiście bardziej pociągały mnie salami i grana padano. Drugim razem też udawałam, że żadne tam kokosy... Tylko pasta i prosciutto, ale już nieco mniej przekonująco. Za trzecim
razem nie wytrzymałam:
- Kupmy kokosa.
- Lubisz kokosy? – to Vi.
- Nie wiem, jak spróbuję, to Ci powiem.
Romeo przyglądał mi się z niedowierzaniem. Oto przyjechała jego
fidanzata z kraju północnego i oświadcza, że nigdy nie jadła kokosa.
Niesłychane! Dalszych pytań nie było, złapał kokosa i zapakował do naszego i
tak już wypchanego (jest taki moment, w którym jeden kokos w tę czy we w tę nie
robi różnicy) wózka.
Po rozpakowaniu zakupów i zjedzeniu kolacji, nadszedł wielki
moment: deser… Znaczy kokos. Vi wyciągnął młotek (ku mojemu zdziwieniu),
przygotował nóż i otworzył kokosa. Czekałam na kanapie podekscytowana jak małe
dziecko. Kokos, kokos, kokos. Znacie to uczucie, gdy nastawiacie się na coś,
cieszycie się całym sobą i czekacie, czekacie, czekacie… Odlicza się wtedy
sekundy, minuty, ale wytrzymam! Poczekam jeszcze chwilę, bo oto nadejdzie
nagroda… Wyczekiwana, wymarzona… W myślach widziałam siebie jedzącą kokosa…
Z tych myśli wyrwał mnie Vi:
- Kochanie, myślę, że ten kokos jest zgniły….
(Dobrze, za zaczął od „kochanie”, dzięki temu jakoś to
zniosłam.)
A potem jeszcze:
- Powąchaj, śmierdzi mydłem…
(Szkoda, że nie zaczął od „kochanie”, może bym to lepiej
zniosła.)
Mydłem nie. Wydaje mi się zresztą, że mydło z założenia
pachnie. Przynajmniej to, które my kupujemy. Ale kokos rzeczywiście zapaszek miał specyficzny i raczej
niezachęcający do spożycia… Nie, nie będę owijać w bawełnę: śmierdział po
prostu.
Z bólem serca (mojego, Vi zniósł to dzielnie) wyrzuciliśmy
kokosa do śmieci.
Kilka dni później zakupy robił sam Vi. Ja szykowałam się do
prezentacji i spotkanie grupy w celu przygotowania owej prezentacji zostało
spontanicznie zaplanowane niedzielnym popołudniem, akurat wtedy kiedy my
zupełnie niespontanicznie planowaliśmy zakupy.
Sporządziłam długą listę – zupełnie nie wiem po co. Już
podczas jej szykowania pukałam się w głowę, wiedząc, że wręczenie Vi listy
sporządzonej na zwykłej przemakalnej fruwalnej kartce papieru to pomysł
szalony. Miałam rację. Gdzieś pomiędzy analizą danych z roku 2015 a tych z 2017
zadzwonił telefon – amore zgubiło listę, a ja miałam mu ją z pamięci odtworzyć.
Ha ha ha.
Z tych zakupów Vi wrócił z niespodzianką (z zakupami z listy też, choć nie wszystkimi) – z kokosem. Znowu
oczy mi się zaświeciły i znowu wyobrażałam sobie siebie chrupiącą kokosa. On
znowu wziął młotek, przyszykował nóż i bez zbędnych ceregieli go otworzył…. I
znowu poczuł mydło. I ja też znowu poczułam – nie mydło – smród. Obeszłam
się smakiem. Kolejny zawód spowodowany kokosem.
I kolejny kokos poszedł do śmieci.
Minęło następnych parę dni. Któregoś dnia Vi wrócił z pracy
z niespodzianką pod pachą. Nie zgadniecie... Z kokosem!
Znowu się ucieszyłam, ale już ostrożniej. Już nie
wyobrażałam sobie siebie rozkoszującej się kokosem… Bujać to my, a nie nas.
Historia taka sama: młotek, nóż, kokos otwarty. Vi z
satysfakcją pokazał mi płyn w środku, co wskazywało na to, że tym razem
odnieśliśmy zwycięstwo, ale wyraz satysfakcji zniknął z jego twarzy równie
szybko jak się tam pojawił. Dla postronnego obserwatora byłby pewnie w ogóle
niezauważalny. Satysfakcję zastąpiła odraza… Mydło. Ja nie wąchałam.
I tak pożegnaliśmy kokosa numer trzy.
Mówią, że do trzech razy sztuka. Ja bym już nawet dała za
wygraną, ale Vi się nie poddaje. Wczoraj przyniósł do domu dwa kokosy… Dwa, nie
jeden, bo pan w sklepie na naszej ulicy był tak miły, że specjalnie dla nas
zamówił tego kokosa. W związku z tym Vi ze swoimi odruchami serca, chcąc się
odwdzięczyć, wziął od razu dwa.
I teraz czekam co się wydarzy tym razem. Bo że młotek i nóż,
to już wiem, ale potem…? Mydło 2 w 1 czy podwójna wygrana? Nie mogę się
doczekać… Nie tyle samego kokosa, co po prostu jestem ciekawa ile kokosów musimy kupić, żeby w końcu skosztować jednego.

Komentarze
Prześlij komentarz