O zapominaniu



Jako że – w dobie coachingu i mentoringu wypadającego z lodówki – obowiązuje kult świętowania każdego, najmniejszego nawet sukcesu, to ja dzisiaj właśnie świętuję. I świętować będę jeszcze przez kilka następnych dni. Jestem z siebie dumna w stopniu odwrotnie proporcjonalnym do rozmiaru świętowanego sukcesu. Mianowicie: udało mi się zapamiętać włoskie słowo znaczące (o, ironio!) „zapominać”. Dimenticare.

[Na potrzeby tego wpisu umawiamy się, że zapominamy (dimenticare!) o istnieniu zasad używania znaku interpunkcyjnego, jakim jest cudzysłów. Wszyscy, bez wyjątku, zapominamy. Mój prawy wskazujący zmęczyłby się zanadto, a poza tym skoordynowanie wskazującego ze środkowym (na domiar złego też prawym!), żeby nie tylko cudzysłów wcisnąć, ale jeszcze do tego shift (bo inaczej wyjdzie przecinek górny… Żaaaartuję, wiem, że przecinek górny to żaden przecinek. No przecież – heloł – moja mężczyzna ma przecinka górnego w nazwisku, muszę wiedzieć jak to badziewie nazwać. Ciekawostka: tak się składa, że akurat apostrof to najpopularniejsze słowo polskie zagranicą i wszyscy <naprawdę wszyscy!> je znają. Także podpowiadam: jeżeli zechcecie nawiązać znajomość z obcokrajowcem i nie macie pomysłu jak zagaić, tudzież nie macie wspólnego języka, to tego no… Apostrof lekiem na wszelkie problemy) to już w ogóle przesada.]

Nie, żebym go wcześniej nie znała. Ba, mało! Używałam go regularnie, odmieniając (w moim przekonaniu poprawnie) przez wszystkie czasy i osoby… Chociaż po zastanowieniu – szczególnie często przez osobę drugą liczby pojedynczej, a to na potrzeby związku z Vi, człowiekiem który dimentica tutto i sempre (w wolnym tłumaczeniu: czarna dziura, pamięć: error 404). Ale za to pisząc, że przez wszystkie czasy, wcale nie przesadziłam.

Zamiast dimenticare, mówiłam (i pisałam, a jakże) przez cały czas domenticare. Niby nie ma problemu, błąd maluteńki i wcale niepowodujący większych kłopotów. Słowo domenticare zwyczajnie nie istnieje, więc do żadnych ewentualnych dwuznaczności ta pomyłka nie prowadziła. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że pisząc „cały czas” mam na myśli prawie dwa i pół roku, bo tyle mniej więcej mija od momentu, w którym postanowiłam zacząć uczyć się włoskiego. No więc ja, mając obok faceta, dla którego język włoski jest mother tounge (ha ha ha), przez dwa i pół roku powtarzałam: domenticare, domenticare, domenticare, domenticare... Zupełnie nieświadoma tego, że popełniam błąd za każdym razem.
Aż tu nagle kilka tygodni temu mówię: „Vi, ja domenticare coś tam” (generalnie buduję zdania nieco bardziej złożone i gramatycznie poprawne – a przynajmniej tak mi się wydaje... Vi zwykle przytakuje i nie poprawia… Co po głębszym zastanowieniu nie świadczy zupełnie o niczym. Ale nie zbaczając za bardzo z tematu, powyższe eeeee… zdanie skonstruowałam na potrzeby lepszego zilustrowania zaistniałej sytuacji i ono [powyższe eeee zdanie] ma się nijak do moich superumiejętności w zakresie języków obcych i tego się trzymajmy), a on mi na to z uśmiechem: „ale kochanie, nie mówi się domenticare, tylko dimenticare”. 

Tu nastąpiła pauza, policzyłam do dziesięciu. Dziesięć razy. A potem jeszcze dwa. Bo wiecie, jak na porządną dziewczynę porządnego Włocha (i to nie byle jakiego, tylko najprawdziwszego z prawdziwych <w tym miejscu następuje dramatyczna pauza> … z Neapolu) przystało, dysponuję już całym wachlarzem słownictwa, którego damom używać nie wypada. Na damę co prawda nie aspiruję, o czym mogłoby świadczyć chociażby to, że postanowiłam dobrowolnie ten wachlarz przyswoić. Jednak jak na razie każde moje: „cazzo”, „fan culo” czy „fa schifo” (w szczególności, kiedy naśladuję południowy dialekt mojego Vi: „fa szkif!”, co – chciałabym zaznaczyć – robię niecelowo i bez zastanowienia, ale z całą pewnością nie <uwaga: spoiler> w celach komediowo-kabaretowych) – za pomocą których usiłuję wyrazić swoją złość, rozgoryczenie, frustrację, tudzież inną emocję negatywną (podkreślam: negatywną) – spotyka się z wybuchami ogólnej radości wśród wszystkich tych, którzy akurat mają przyjemność usłyszeć. No rzeczywiście, hi hi hi, boki zrywać. Takie reakcje odwodzą mnie od używania tych paskudnych wyrażeń skutecznie i póki co zadowalam się liczeniem do dziesięciu. Wielokrotnym.

Swoją drogą, przypomniało mi się jak po raz pierwszy zawitałam w rodzinnym domu Vi. Mam skłonności do stosowania przesady w celu dodania rumieńców niektórym historiom, ale tu - przysięgam - przesady nie ma. Jednym z pierwszych słów jakie wypowiedziałam w kierunku mojej prawdopodobnie przyszłej teściowej było słowo "pizza". 
Nie pytajcie, coś w rodzaju kretyńskiej zabawy w celu przełamania lodów. Zagrajmy w grę "jakie znasz słowa włoskie" - ty będziesz z siebie robić głupola, a my się pośmiejemy. Próby sklecania zdań w połączeniu ze stresem spowodowanym z zetknięciem po raz pierwszy z rodziną Vi jawiły mi się jako zdarzenie prowadzące do bezpośredniej katastrofy i przybrania koloru buraka na twarzy. W takich okolicznościach taka zabawa (nazwijmy ją roboczo "grą w słówka") wydawała mi się rozwiązaniem wcale niezłym. 
No więc ja: "pizza". A mama Vi.... W śmiech. Spojrzenie na Vi, Vi oczywiście się uśmiecha - ale to akurat standard, Vi uśmiecha się 24 godziny na dobę - nawet kiedy śpi. "Jeszcze raz!" - to znowu mama Vi. No to ja: "pizza". A ona w śmiech. "Jaka ona słodka!" - to o mnie, nie o pizzy. I tak żeśmy się wspólnie pobawiły i pośmiały, a trwało to pewnie parę minut, przy czym w moim wspomnieniu tych parę to tak mniej więcej ze trzydzieści... Nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a z mojego widok był raczej słaby.
Tego samego dnia, wieczorem doszło do wielkiego spotkania z rodziną Vi. Każdej cioci z osobna prezentowałam nie tylko siebie, ale też moje umiejętności lingwistyczne. "Pizza", "pizza", "pizza". A śmiechu nie było końca. Strasznie ta pizza Włochów bawi. Niby zwykła pizza - mogliby się już przyzwyczaić, w końcu to od nich pochodzi oryginalnie - a tu proszę, tyle radości. Niesamowicie pozytywny naród, prawda?
Ot taka sobie historyjka. Piję do tego, że to nie pierwszy raz, kiedy wypowiadane przez mnie słowa w języku włoskim osiągają skutek odwrotny do tego, który chciałabym osiągnąć. A jeżeli nie odwrotny to przynajmniej nieoczekiwany. Przewrotność południowców nie zna granic.

Ale wracając do wątku głównego...

Gdzie byłeś, człowieku, kiedy przez dwa i pół roku powtarzałam Ci w kółko, że „domenticare?”. No gdzie? I jak wyplewić takie błądzisko (błędzisko?), które zadomowiło się w głowie na dobre. Dwa i pół roku, nie w kij dmuchał, sporo czasu. Rozczarowanie, które poczułam było porównywalne do tego, które ogarnęło mnie w momencie, kiedy formę „przyszłem” uznano za akceptowalną. Całe życie poprawiasz wszystkich, którzy mówią „przyszłem” (no ludzie, przecież to nawet brzmi źle), a tu nagle przyszł… I dobrze, że przyszł [sic!]. Należy się ugryźć w język i pogratulować, że się spiął i przyszł. A ja ugryźć – owszem – mam ochotę, ale nie siebie. I na pewno nie w język.

Zmierzając ku końcowi, udało się wreszcie! Przestawiłam się i teraz już mówię bez błędu. Dimenticare, dimenticare, dimenticare. Chcąc być uczciwą, nie mogę przypisać tej zasługi sobie samej. Jak to mówią: praktyka czyni mistrza. A teraz, kiedy ze sobą mieszkamy, to ja praktykuję, praktykuję i praktykuję... Praktyki już by mi wystarczyło, a końca jakoś nie widać… I to akurat na życzenie moje własny - w końcu "widziały gały, co brały".

Komentarze