O płakaniu nad rozlanym mlekiem



Jedną z moich cech wrodzonych jest nadmierna wrażliwość. Za nią, z kolei, dzielnie – ku mojemu niezadowoleniu – człapie płaczliwość. Tej nie nazwę nadmierną. Sama jej obecność jest dla mnie nadmiarem.

Wszystko jest – mniej więcej – w porządku, o ile płaczliwość nie wychyla się za bardzo. Nadmierna wrażliwość idzie wtedy spokojnie krokiem spacerowicza (tego z Krakowskiego Przedmieścia), na pierwszy rzut oka nie posiada żadnych znaków szczególnych, zatem nie rzuca się w oczy. Ze względu na swoją wrodzoną skromność i introwertyzm, pośród innych spacerowiczów jest niezauważalna do tego stopnia, że okresowo miewa kompleksy. Idąca za nią krok w krok płaczliwość jest zazwyczaj jeszcze mniej widoczna od swojej towarzyszki. Od czasu do czasu jednak, szczególnie w momentach kryzysu tej pierwszej, płaczliwość wybiega na przód – niby to w celu wsparcia koleżanki wrażliwości. Wrażliwość, na co dzień nade wszystko ceniąca sobie spokój i pozostawanie w cieniu własnej nieśmiałości, wzrusza się gestem wsparcia ze strony płaczliwości. Wzrusza się bardzo, aż do łez. W efekcie czego, wystawione na spojrzenia obcych zostają obydwie: sprawca całego zamieszania, czyli emocjonalna i ekstrawertyczna płaczliwość oraz usiłująca skryć się za nią i rozpłynąć ze wstydu (tak, ona wstydzi się nawet kiedy światła ulicznych latarni ujawniają jej obecność) – nadmierna wrażliwość. W ślad za nimi zdemaskowana zostaję ja.

O wrażliwości rozwodzić się nie będę. To znaczy, nie dzisiaj, bo kiedyś na pewno. Przyjdzie taki piękny dzień… A mogę się założyć, że już niebawem będzie takich więcej… Dzień szarobury, bez słońca, chłodny i ogólnie bez aury szczęśliwości. I to już wystarczy, żeby pisać o rzeczach smutnych, trudnych, poważnych albo po prostu nieśmiesznych. W takie dni mój nastrój opisałabym jako melancholijno-liryczny. I w taki właśnie dzień na warsztat wezmę wrażliwość. Dzisiaj pozwolę jej posiedzieć cicho w kącie i nie będę wywoływać jej do tablicy. Dziś chcę mówić o płaczliwości!

Płaczliwość jest – jak już napisałam – ekstrawertyczna i emocjonalna, ale też – czego jeszcze nie napisałam – niesamowicie empatyczna. I to akurat działa na jej niekorzyść. Co gorsza, ta moja jest współczująca aż do granic możliwości (myśl tę zaraz rozwinę nieco dalej). I żeby wzmocnić ogólny efekt i podkreślić dramatyzm sytuacji dodam jeszcze, że jest płaczliwa.
A mówiąc wprost: płaczliwość beksą jest.

Podobno nad rozlanym mlekiem się nie płacze. Obalam mit – płacze się. Płacze się też nad rozsypaną solą lub cukrem, a szczególnym przypadkiem jest rozsypana kawa. Ta ostatnia ze względu na swoją konsystencję rozsypuje się najczęściej, a czyszczenie kuchni po tym jak nabrudzi (kawa nabrudzi, nie ja; ja jestem zwykle czysta i nie brudzę) frustruje do tego stopnia, że łzy same do oczu napływają. Sól też jest wyjątkowa – mówi się, że zwiastuje kłótnię. Wizja kłótni jest niesympatyczna i niemile widziana, dlatego uważam, że uzasadnione są łzy w oczach również w tym przypadku. Płacze się też nad cebulą – z przyczyn wiadomych, a żeby cebuli nie było przykro można sobie popłakać również nad pomidorem lub kartoflem. W związku z powyższym nie widzę przeciwskazań, żeby płakać nad mlekiem. Jeżeli chodzi o mleko rozlane, tym bardziej. Widzę wręcz przesłanki do wybuchu histerii.

Jeżeli chodzi o płaczliwość moją własną, to po latach dwudziestu plus kilku udało mi się ją zaakceptować. Co prawda wciąż nie witam jej z uśmiechem na twarzy, tym bardziej nie macham zachęcająco, widząc z daleka, że pędzi, aby wyprzedzić wrażliwość… Ale zaakceptowałam ją – raczej z musu niż wyboru. Powiedziałabym, z braku wyboru.
I tak żyjemy obok siebie: ja i ona. Bywa nam ciężko, bo dla mnie jednak płaczka jest trochę za bardzo płaczliwa. Działa mi na nerwy swoją wyrywnością, pewnością siebie i potrzebą bycia zauważoną. Są to cechy, których mnie Bóg poskąpił, oczywistym jest zatem, że na wielu płaszczyznach nie dochodzimy do konsensusu.

Głównym punktem sporu jest przyciąganie uwagi. Ona chce się pokazać światu, zakłada odblaskowe kiecuszki, maluje oczy cieniem do powiek… Z brokatem!!! Ja staram się na wszelkie znane mi sposoby tłumić jej egocentryczne zapędy. Zupełnie bez skutku. Nie tylko biegnie, leci na środek... Frunie! To nie wystarczy, ciągnie mnie (!) za sobą za rękę, katastrofa! Nie mogę się wyrwać, a z jej włosów sypie się na mnie złoty pyłek. Okropność.

Gusta mamy , jak widać, z reguły inne. Zgadzamy się co do jednego – kiedy płakać. Płaczemy razem, ale tu znowu – każda po swojemu… Niestety. Ja próbuję po cichu i najczęściej w łazience. Ocieram łzy tak, żeby nie zaczerwienić oczu i na wszelki wypadek nie dmucham nosa przerażona, że ktoś mógłby usłyszeć. Ona natomiast nie dość, że trąbi na całe osiedle, to jeszcze pochlipuje żałośnie, żeby nikt jej występu nie przegapił. Czarny tusz i złoty cień do powiek spływając po policzkach, zostawiają na nich błyszczące smugi. A biedaczka wydaje się wierzyć naiwnie, że to popis wrażliwości.

Ale do rzeczy – kiedy płaczemy?
Kiedy kroimy cebulę lub pora – żeby zacząć od oczywistości najbardziej oczywistych. Nad solą, nad cukrem, nad kawą lub nad mlekiem. Kiedy czytamy poezję. A czytamy często, gdyż obie ją bardzo lubimy. Przy literaturze, ogólnie, lubimy sobie pochlipać co dziesiątą stronę. (Średnia taka niska, bo niektóre książki czytamy, żeby się pośmiać, wtedy płaczemy tylko co dziewiętnastą stronę, a to zdecydowanie zaniża średnią.)

Bardzo lubimy oglądać razem telewizję i filmy. To nasze ulubione wspólne zajęcie. Mówię za nas obie. Co dwie głowy to nie jedna, razem potrafimy znaleźć moment odpowiedni na łzy w każdej (naprawdę każdej) produkcji. Ale naszym najulubieńszym formatem są programy typu Hell’s Kitchen i jemu podobne. Warunkiem koniecznym programu, jeżeli ma nas zadowolić jest to, że ktoś musi odpadać na końcu każdego odcinka.
Smutna melodyjka, wypowiedzi tej osoby przeplatane zmontowanymi fragmentami jej wystąpień z poprzednich tygodni... Chwile szczęścia i wzruszające momenty… To uwielbiamy. To doskonała okazja, żeby sobie pochlipać.
Ale najbardziej ekscytująco jest, kiedy ktoś płacze na ekranie. Jeżeli są łzy osoby trzeciej, przyłączamy się i my. Głupio tak, żeby człowiek w potrzebie sam płakał. Szczególnie, że my dwie mamy wszelkie predyspozycje – a jedna z nas obok predyspozycji ma też szczere intencje – żeby takiego kogoś wesprzeć własnymi łzami.

Jednym to działa na nerwy i (o, ironio) doprowadza ich do łez, co pozwala ostatecznie na pozostanie w zgodzie z własnymi skłonnościami. To o mnie.

Innych cieszy, bo pozwala zrozumieć, że oto w walce z tą przypadłością – równie upierdliwą, co zwyczajnie głupią – nie jesteśmy sami (same…). To wpływa na poczucie jedności, które przejawia się zazwyczaj w prostych zdarzeniach dnia powszedniego… Lub nocy powszedniej. Przykład:

Sobota, noc, godzina 1:13. Na ławie stoją: pusta butelka po winie i brudny kieliszek. Jeden, ja przecież pijam whisky. Stoi zatem również szklaneczka po płynie złocistym i jeszcze nie do końca opróżniona butelka. Jest też miska z resztkami nachosów i mniejsza miseczka po guacamole (resztki zdążyły już zresztą zaschnąć). Trzeba będzie posprzątać, ale to jutro. Światło zgaszone, ciemno, jedyna poświata dociera z ekranu telewizora, na którym oglądamy film. Nie ma znaczenia jaki, możemy się nawet umówić, że to komedia z typu tych głupich, na poprawę humoru. Film trwa już od 9 (słownie: dziewięciu) minut, z kanapy obok – w końcu, ile można czekać! – dobiega mnie ciężkie westchnięcie. Myślę: „nareszcie” i liczę do trzech. Ja już wiem, że właśnie tyle będę musiała poczekać i oto jest… Westchnięcie numer dwa. Mniej subtelne od pierwszego, zaraz będzie kolej na mnie. Tym razem nie liczę, szykuję się, żeby być w gotowości… Na kanapie obok najpierw wzmożony ruch (w zasadzie to nie wzmożony, tylko w ogóle jakikolwiek; do tej pory była cisza, już się nawet bałam, że zasnęła i będzie lipa)  i dopiero potem… Wzdycha! Ja, teraz ja, czas na mnie!
Liczę do trzech – konwencja, to konwencja, nie będę się wybijać – i już z chusteczką w ręku (zawsze trzymam jedną w kieszeni albo pod poduszką, taki ze mnie spryciarz) pytam: „to co, płaczemy?”.
Na odpowiedź nie czekam, wyjemy obie.
[Kurtyna]

Ręka w górę, kto rozpoznał siebie w bohaterce powyższego odpowiadania.

Są też tacy, których płaczliwość cieszy łamane przez śmieszy. Kiedy oglądamy jakiś niesmutny i niewzruszający program lub film razem z Vi, on doskonale wyłapuje moment i ze szczerym rozbawieniem pyta: „kochanie, już płaczesz?”. Co za tym idzie, jeszcze większą radość na jego, i tak już wesołym, obliczu wywołuje osoba płacząca na ekranie. Bo on już wie, że jak tam płaczą, to tu obok – chociaż ten kocyk siedzący z nim na kanapie na razie jeszcze nie wygląda, to zaraz wypluje jego dziewczynę z kocykowych ciepłych czeluści – też zaraz będą płakać.

Ale cóż... Ostatecznie nie taka płaczliwość straszna...
Jeżeli ma się w życiu trochę farta… A skoro się miało pecha do złapania płaczliwości, to –  dla równowagi – w innym miejscu trzeba mieć farta… No więc jak się ma trochę farta, to się znajduje (czasem metodą wielu prób i błędów) taką osobę, która: albo będzie płakać z nami (patrz wyżej), albo będzie nas z uśmiechem pytać: „już płaczesz?” (też: patrz wyżej, ale trochę niżej). I ten wspólny płacz albo uśmiech wystarczą, żeby z tą nieszczęsną płaczliwością jakoś się pogodzić i tylko od czasu do czasu mieć ochotę dać jej kopa w d***,


PS A prawdziwi szczęściarze znajdują nawet oba typy: i do wspólnego płakania, i do uśmiechania… To dopiero jest fart!

Komentarze