Mammia mia!
Jestem po pierwszej sesji i po egzaminach czuję się jakbym
zrzuciła ciężar ważący ze 100kg, ale też jakby czarna dziura ziejąca pustką
zastąpiła miejsce mojego mózgu.
W związku ze zrzuceniem ciężaru – czuję, że jest tyyyyle rzeczy,
które chciałabym zrobić. W związku z pustką, nie robię jednak żadnej z nich.
Ponadto, mam dziwne przeświadczenie, że oprócz tego, co chciałabym zrobić i
czego nie robię, jest też coś, co powinnam zrobić, ale tego też najprawdopodobniej
nie zrobię, ponieważ nie mogę sobie przypomnieć co to jest… I czy w ogóle jest,
bo może mi się po prostu zwoje przepaliły. (Niewykluczone.) W tej kwestii Vi
nie pomoże, bo jest przypadkiem jeszcze cięższym. Możliwe zresztą, że jest to
coś związanego z jego urodzinami i sorpresą, czyli coś o czym wcale nie powinien
wiedzieć… Ale pewnie i tak już wie.
Sprawdziłam lodówkę, kalendarz i telefon…
W tym miejscu, rozwinę wątek lodówki, a konkretnie –
tajemniczego zapewne w tym kontekście – stwierdzenia „sprawdziłam lodówkę”.
Cały żart polega na tym, że na lodówce zawiesiliśmy tablicę, na której
zapisujemy rzeczy do zrobienia. I atmosfera tajemniczości prysnęła.
Z tą lodówką to zabawna sprawa. Ja zapisuję, robię, a potem
ścieram. Wydawało mi się zresztą, że taka była idea. Okazało się, że nie. Vi od
początku stosuje inną strategię – zapisuje i czeka… Nie jestem pewna, ale chyba
wydaje mu się, że jak zapisze i odczeka wystarczająco długo, to samo się zrobi.
Na razie nic się samo nie zrobiło, ale myślę, że jeszcze dam mu szansę. Może to jakaś
innowacyjna metoda. Cholera go tam wie… Inżyniera, prawie doktora. Tego doktora
też powinien sobie tam wpisać. Może mu się w końcu zrobi.
Dam mu szansę, ale kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości… Aktualnie tablica –
nareszcie! – jest pusta. Po miesiącu czytania tych samych punktów Vi szlak mnie
trafił, postanowiłam zainterweniować. Zapytałam czy mógłby jednak zrobić, co ma
do zrobienia, bo mnie denerwuje, że nie możemy zetrzeć. On na to, że zrobi, ja
się w związku z tym bardzo ucieszyłam… Ale że jakoś nie zaczął robić, to poprosiłam
jeszcze raz, żeby zrobił, kładąc nacisk na to, że najlepiej jakby zaczął od
razu… Jemu się od razu nie chciało, ale na te cholerne cztery punkty stałe nie mogłam już patrzeć… No i to pismo... Starłam.
Zaczęło się jęczenie, że jak mogłam mu zetrzeć, przecież on
teraz nie będzie pamiętał... Już nie pamięta! I wiecie co? Nie tylko pamiętał, ale też zrobił! Padalec
jeden, zajęło mu to wszystko może trzy minuty. Cztery punkty, trzy minuty… A ja
przez miesiąc oglądałam na tablicy paskudne kulfony, na dodatek z jeszcze
paskudniejszym poczuciem, że „jest coś do zrobienia”.
Cytując jedną z moich nauczycielek: „ręce i cycki
opadają”.
Wracając to tematu, sprawdziłam lodówkę, sprawdziłam
kalendarz, sprawdziłam notatki w telefonie… Spodziewałam się coś znaleźć, ale
bez skutku. No nic, może jednak będzie jakaś sorpresa przy okazji całego tego
zamieszania.
Notatki, której się spodziewałam nie było, ale za to wśród notatek
znalazłam taką: „mamma mia”. Dwa słowa i koniec. Normalnie powiedziałabym : „ciekawe
co autor miał na myśli”, ale… Nie… Zaraz! Przecież mogę tak powiedzieć. No
więc: zastanawiam się co autor miał na myśli. Im dłużej się zastanawiam, tym
bardziej nie wiem. Pytam więc siebie: co też miałaś, autorko, na myśli?
Niestety, mój wewnętrzny głos milczy – jak zawsze, kiedy akurat mógłby się
odezwać.
No więc nie wiem i już pewnie się nie dowiem o co mi
chodziło, ale za to temat na wpis mi się objawił.
Z tą mammą mią, to jest tak, że oprócz tego, że piosenki, że
film, że restauracje, co już wskazuje na uniwersalność zwrotu… To w
rzeczywistości jest frazą pasującą do każdej sytuacji. No bo czy jest takie
uczucie, którego nie da się wyrazić za pomocą powyższej mammy mii?
Popróbujmy:
„O mamma mia, wiem o czym napiszę!” – radość lub ekscytacja,
„O mamma mia, nie mam pomysłu o czym jutro napisać.” – smutek
lub zmartwienie,
„Mamma mia, biedaku!” – współczucie lub troska,
„Znalazłam dzisiaj 100 euro na ulicy.” „O mamma mia! 100
euro?” – szok, zaskoczenie albo niedowierzanie,
„Mamma mia, ale mnie wystraszyłeś!” – strach,
„Zaciąłem klucze w garażu” „O mamma mia, ty głupku” – złość lub
irytacja.
Pominięcie głupka w ostatnim przypadku da nam przykład na rezygnację lub brak słów:
„Zaciąłem klucze w garażu” „O mamma mia…” (a w domyśle: „ty
głupku, brak mi na ciebie słów, więc już nic więcej nie powiem, bo to i tak nic
nie da…”
No i tak dalej…
Generalnie mamma mia jest wszechobecna. Jakby się troszkę… Troszeńkę
tylko pochylić nad tematem, mammy włoskie rzeczywiście są wszechobecne. Mamma
Vi (przy całej sympatii dla niej) czasem – mam wrażenie – wyskakuje nam z szafy
albo z lodówki. Nawet jeżeli nie objawia nam się w całej swojej okazałości (na
żywo), to pozostaje w stałym kontakcie nie tylko z Vi, ale też ze mną.
Kontakt nasz (mój i jej) głównie opiera się na kwiatuszkach
śpiewających „dzień dobry” songi i podskakujących serduszkach mówiących „dobranoc”.
Dostaje je też Vi, ale ponadto ona do niego regularnie dzwoni. Regularnie - jakieś
cztery razy dziennie… Dobrze, możliwe, że trochę przesadziłam ze statystyką…
Zawyżyłam ją jednak najwyżej dwukrotnie, co i tak daje wysoką średnią, a to – w
moim odczuciu – usprawiedliwia moją przesadę.
Także mamma Vi zawsze jest... Po prostu zawsze jest. Kropka.
I generalnie włoska mamma zawsze jest, też kropka. I tutaj właśnie doszukiwałabym
się genezy pochodzenia tej frazy. Żeby nie było nieporozumień, jestem nie tylko
jej wielką fanką, ale wręcz należę do grona osób jej nadużywających. A
co mi tam, mamma mia!
Jedną jedyną sytuacją, która budzi moje wątpliwości jest
kiedy Vi zwraca się do mnie „mamma mia”... A ja przecież jego mammy wcale a wcale
nie przypominam. Wtedy czuję się zobowiązana do natychmiastowego wyprowadzenia
go z błędu i sprostowania. W szczególności, jeżeli jesteśmy w towarzystwie.

Komentarze
Prześlij komentarz