Impreza sorpresa
Za niecałe dwa tygodnie znowu jedziemy do Neapolu. Tym razem na imprezę urodzinową Vi… Kończy 30 lat.
Z tą imprezą to jest tak, że jest niespodziankowa.
Tylko nie wiem dla kogo…
O tym, że będzie impreza i, że w Neapolu wiem od dawna.
Jeszcze na etapie planowania przeprowadzki do Szwecji, Vi mówił, że niezależnie
od tego gdzie będziemy, to jego trzydzieste urodziny świętujemy w Neapolu. Bo
okrągłe, bo wyjątkowe, bo jego mama mu nie przepuści.
Zaakceptowałam, a potem temat ucichł na długo.
Wrócił we wrześniu. Vi poprosił, żebyśmy tę imprezę
zorganizowali razem. Konkretniej, żebym ja powiedziała mu co i kiedy ma
załatwić, a on to zrobi.
Argument: organizowałaś imprezę swoich rodziców, było
fajnie, ty to lubisz, dla mnie lepiej, jeżeli ty się tym zajmiesz.
Dla mnie też lepiej, bo w ten sposób mogłam dopilnować, że
impreza w ogóle się odbędzie. I tu bez żadnej złośliwości, a wręcz z całym
szacunkiem dla mojego chłopca, ale z dobrą organizacją i pamięcią nie ma zbyt
wiele wspólnego... Stara się bardzo, ale prawda jest taka, że kiedy rozdawali
te dwie powyższe, on stał w kolejce po inteligencję i poczucie humoru. I to
widać na pierwszy rzut oka. Mówimy o człowieku, który zatrzasnął w samochodzie
w garażu klucze do mieszkania i do garażu… (Dobrze, może ten przykład jest
niefortunny, nie przemawia za inteligencją, ale ja wam mówię – to kwestia braku
organizacji i pamięci… inteligencji w to nie mieszajmy.)
Jakiś tydzień później zadzwoniła do mnie mama Vi z pytaniem
czy pomogę jej zorganizować imprezę dla Vi. Neapol czy Rimini? Zgłupiałam. Bo
że Neapol – zgodnie z rozporządzeniem mammy właśnie – zostałam poinformowana
dobry rok temu… No to mówię, że Neapol. Świetnie. W domu? W restauracji? Co
robimy? Jak robimy? Nie mówmy Vi! Niech to będzie sorpresa (niespodzianka). Zgłupiałam po raz drugi. Mamo Vi, obawiam
się, że on już wie. Bo pierwsze primo zna swoją datę urodzenia, a po drugie
primo poinformowałaś go o tej imprezie dawno temu, co on (to akurat
niespodziewane i zupełnie do niego niepodobne) zapamiętał.
Generalnie, sorpresa
ma polegać na tym, że zorganizujemy wszystko i mu nie powiemy! To znaczy, że
impreza będzie, już (za późno!) nie da się ukryć, ale co na niej będzie…
Niespodzianka! Poza tym przyjaciele Vi (w liczbie trzech, miejsce zamieszkania:
Belgia, Niemcy, Brazylia) mają powiedzieć, że nie przyjadą, ale jednak...
przyjechać. Trochę to okrutne jak na mój
gust, ale element zaskoczenia rzeczywiście będzie.
Tak powstał zarys planu.
Upłynęły kolejne tygodnie, mama Vi się nie odzywała… Co ja
piszę, bzdura… Odzywa się regularnie. Wysyła śpiewające kwiatki i słodkie
pieski. Ale w kwestii urodzin – cisza. W końcu nadszedł weekend, w który
rodzina Vi w składzie: mama, tata, duży i jego dziewczyna przyjechali na moje
urodziny. Przy obiedzie mamma wszem i wobec ogłosiła, że duży chce ze mną
porozmawiać o imprezie. I od tamtego momentu sprawa sorpresy zaczęła przyjmować obrót coraz bardziej niespodziewany,
żeby nie powiedzieć – niespodziankowy… Dla mnie.
Tydzień później to my byliśmy w Neapolu. Duży w wielkiej
konspiracji szeptał ze mną w korytarzu podczas urodzin cioci i kuzyna (zbiorowe
świętowanie). Uradziliśmy w ten sposób: DJa, fotobudkę, karaoke, fotografa,
może też kamerzystę… W ciągu tygodnia duży wyśle mi zdjęcia lokalu, bo przecież
w nim nie byłam. Tylko ciiiii, nie mówimy Vi. Sorpresa.
Następnego dnia podczas pożegnania mama Vi oświadczyła, że
„wyśle mi zdjęcia restauracji, żebym zobaczyła gdzie świętujemy” i że „duży
zadzwoni do mnie w tej sprawie” <mrugnięcie>. Vi ze swoim szerokim
uśmiechem stał obok i słuchał. Zgłupiałam po raz trzeci.
Po tygodniu milczenia (nie dostałam obiecanych przez mammę i
brata zdjęć) mamma Vi zadzwoniła... Do Vi (!) i oświadczyła, że muszą
porozmawiać o jego imprezie (!!). Że będzie: fotobudka, DJ i karaoke (!!!)… Ja
siedziałam obok, słyszałam każde słowo i z każdym kolejnym głupiałam coraz
bardziej… Po raz czwarty.
Mina musiała mnie zdradzić, bo Vi szybko zakończył rozmowę,
żeby przeprowadzić ze mną wywiad. Zdecydowałam się opowiedzieć mu po krótce
moją historię. No bo co mi jeszcze zostało do ukrycia?
W rezultacie, kiedy Vi rozmawiał wczoraj ze swoją mamą
powiedział jej, że jestem lekko skonsternowana. Mianowicie, że mam pewne
wątpliwości co do tego dla kogo niespodzianką jest ta impreza…
W rzeczywistości jestem przekonana, że jednak dla mnie...
Ewentualnie, że zostaję poddana jakiemuś testowi, tylko nie jestem pewna czy na
inteligencję, czy na umiejętność trzymania języka za zębami.
Jeżeli temu drugiemu, to myślę, że zdałam. Że wiem coś, o
czym on też wie, ale ja myślałam, że nie wie – i że generalnie ma nie wiedzieć
– powiedziałam na głos dopiero wczoraj… Po miesiącu. A przypominam, że on
pierwszy poprosił o wsparcie w organizacji, więc uważam, że mam prawa oczekiwać
docenienia moich starań. Jestem jak… Nie przymierzając, ostatni bastion
tajemnicy.
Jeżeli temu pierwszemu, to trochę gorzej. Logika włoska nie
przemawia do mnie, jeszcze jestem w szoku i nie do końca rozumiem co się
właściwie wydarzyło. Co poszło nie tak? Kiedy i gdzie został popełniony błąd?
Przez kogo konkretnie?
Wniosek ostateczny wysnuł Vi, a ja postanowiłam się z nim
zgodzić dla polepszenia własnego samopoczucia. Problem raczej nie leży po mojej
stronie, tylko po stronie jego rodziny, która (widocznie geny się odezwały) ma
problem z organizacją. Rzeczywiście sami się pogubili, bo duży jednak zdaje się
utrzymywać festę w tajemnicy (ale przed Vi, nie przede mną). On nie słyszał
rozmowy telefonicznej pomiędzy mammą a Vi, więc niewykluczone, że nadal żyje w
błogiej nieświadomości.
Mamma zdaje się przyjęła jakąś bliżej nieokreśloną taktykę
nierozmawiania z wtajemniczonymi, a rozmawiania z tymi, którzy wtajemniczeni
zostać nie powinni aż do końca. To zaowocowało ogólnym chaosem i brakiem
wzajemnego zrozumienia.
W zanadrzu jest natomiast już tylko jedna niespodzianka. Tak
mi się wydaje… Bo z drugiej strony, może się okazać, że przyjedziemy do
Neapolu, a tam… Tadam: teraz jedziemy do Turynu… Albo tadam: imprezy nie ma
(dla mnie to akurat byłoby najmniejszą niespodzianką)! Albo tadam: impreza w
stylu chińskim, bo z braku czasu udało się jedynie kupić dekoracje w chińskim
sklepie… No dobrze, czarne myśli na bok.
No więc ostatnią niespodzianką są (nie)przyjeżdżający
przyjaciele.
Jaja jak berety. Ze wszystkimi trzema rozmawiałam o imprezie
niespodziance (to zadanie zostało mi przydzielone przez mamę Vi). O tym, że
mają mówić Vi, że nie przyjadą nawet jeżeli przyjadą. Posłuchali. Moje słowa
wzięli sobie do serca tak bardzo, że również mnie postanowili do końca wmawiać,
że nie przyjadą.
Otóż przyjadą. Wszyscy trzej, z tym z Brazylii na czele. A
wiem to, bo powiedział mi duży. Jemu jeszcze trochę ufam…
C.D.N.

Komentarze
Prześlij komentarz