H jak Ary Poter
W języku włoskim „h” jest nieme. Litera występuje, ale tylko na papierze i najczęściej na początku wyrazu. Można też spotkać zlepek „ch”, który czyta się jak nasze polskie „k” (np. słowo: „chitarra” czytamy „kitarra”). Za to litery „k” we włoskim alfabecie nie ma wcale. Ale to nie ma znaczenie, bo mnie fascynuje przypadek biednej ignorowanej przez wszystkich litery „h”.
Włosi generalnie mają arcyciekawą tendencję do naginania
zasad wymowy w innych językach do własnych potrzeb…. Jeżeli we włoskim nie
wymawia się „h”, to stanowczo obstają przy ignorowaniu tego dźwięku również w
innych językach. Przede wszystkim w angielskim.
I tak na przykład codziennie oglądam reklamę szamponu do
włosów „eden szolders”. Mama Vi, kiedy się z czegoś cieszy zakrzykuje „ip ip
ura!”. Na przystankach autobusowych są reklamy z „Arym Poterem”. W telewizji
można obejrzeć „Obbita”. Abba śpiewa piosenkę „Ony, Ony”. A Amsterdam jest
stolicą Olandy.
Kiedy Włoch jest głodny, mówi: „o fame”, ale pisze: „ho fame”.
Kiedy jest głodny i mówi po angielsku, powie zwykle coś w
rodzaju: „aj em angry”. A ja spędzam kolejne minuty, zastanawiając się co
autor miał na myśli: „I am hungry” czy raczej: „I am angry”... H ma znaczenie!
Innym moim (i tylko moim, bo Włosi – z Vi na czele – nie
wykazują zrozumienia, jakby nie słyszeli różnicy… „Jakby”, bo w mojej grupie na
uczelni jest dziewczyna o prawdziwie włoskim imieniu „Hillary” i jakoś nie
słyszałam, żeby ktokolwiek próbował mówić do niej „Illary”… więc jednak jak
chcą, to słyszą różnicę) problemem są słowa: air, hair, ear i hear. Choć
mogłoby się wydawać, że – zgodnie z zasadą „nieszczęścia chodzą parami” – mamy tu
dwie pary nieszczęść… Nic bardziej mylnego - w tym przypadku nieszczęście jest
tylko jedno. Wymawiane przez Włochów, wszystkie te słowa brzmią niemalże tak
samo, ale inaczej (!) – w zależności od rozmówcy. Zgodni są jedynie co do tego,
że „h” nie ma racji bytu i wszyscy jak jeden mąż je ignorują, co ogólnie rzecz
ujmując – nie ułatwia sprawy w najmniejszym nawet stopniu. Dość powiedzieć, że
gdy próbuję delikatnie podpytać którego słowa rozmówca chciał użyć, patrzą na
mnie jak na matoła i to ja się wtedy czuję głupio... Przypadek beznadziejny.
Fantastyczne jest też to, że tytuły filmów i seriali – choć w
telewizji i kinie na porządku dziennym jest dubbing – często nie są tłumaczone
na włoski. Produkcje takie występują wtedy pod tytułami oryginalnymi,
zaadaptowanymi do potrzeb Włochów.
Obok wyżej wymienionych: Arego Potera i Obbita (może to się wydaje zabawne i zupełnie jasne w momencie, kiedy opisuję to wszystko w kontekście niemego h, ale uwierzcie mi, że taki "Obbit" wyskakujący znienacka w rozmowie potrafi zabić ćwieka), jest na
przykład program oryginalnie noszący nazwę „Practical Jokers”. Różnica
jest subtelna, mianowicie ów program został przemianowany na „i Practical Jokers” (czytaj:
i praktikal dżokers), co wskazuje na liczbę mnogą rodzaju męskiego w tytule... Wymowę pomijam, ale stosując powyższy mechanizm, w Polsce program ten powinien nosić nazwę: „Practical
dżokersi”. Małe, a cieszy.
Jest też włoska piosenka o tytule (zapis fonetyczny) „Sejli”.
Jak łatwo się domyślić, poprawna pisownia powyższego tytułu to: „Sally”, a
utwór mówi o dziewczynie o imieniu (niewłoskim, oni kochają język angielski i imiona angielskie też!) Sally.
Dlatego zanim coś napiszę, muszę się dwa razy zastanowić czy
to przypadkiem nie pułapka. Jak w przypadku false friendów: orribile czy onesto
(oba bez „h”!). Z kolei, kiedy oglądam telewizję i pada jakiś tytuł zastanowić
się muszę nie dwa, a trzy razy… Najpierw odpowiadam sobie na pytanie: „w jakim
języku jest tytuł”, a dopiero potem „jak to napisać?”.
Komentarze
Prześlij komentarz